Kanały:
Wpisy
Komentarze

O drzewach i ludziach

Spójrzcie na drzewa, czyż nie są piękne w swym majestacie? Wysokie, uroczyste, wspaniałe, dominują w krajobrazie, przyciągają wzrok każdego wędrowca, szczególnie te wyniosłe rozłożyste jesiony czy dęby do-nieba-sięgające.

Czy drzewa nie są podobne ludziom? Tak jak ludzie próbują sięgnąć nieba, tak one ciągle próbują być bliżej światła. Ludzie kierują się ku wartościom, a one natomiast ku horyzontowi. Drzewa korzeniami trzymają się ziemi, wręcz wciskają się w ziemię, nie pozwalają się wyrwać podmuchom wiatru czy podmyć wodą. Analogicznie ludzie, trzymają się tradycji, trzymają się znanego im stylu życia, wręcz wbijają palce w grunt tego co według nich nieporuszalne, by móc na tej podstawie rozrastać i sięgać czasem nieba, świata wartości, świata ducha.

Należy zadać sobie w tym miejscu pytanie od czego zależy, że niektóre drzewa są wysokie, wyniosłe, mocne, zaś inne pokrzywione, słabe. Może to zależy od gatunku, ale wspaniały jesion, wyniosły, potężny w niektórych egzemplach, może być niski i pogięty. Natomiast niewinna, delikatna osika czasem jest prosta i nie daje się podmuchom wiatru. Może to zależy od sposobu chowania drzewa. Gdzie miało dobre warunki , tam mocniejsze wyrosło. Gdzie spotykało się tylko z wiatrem, suszą i cieniem, tam znów wyrosło słabiutkie i pokrzywione.

Czyż nie jest podobnie z ludźmi? Jeden jest mocny, dumny, sprawiedliwy. Równocześnie inny jest pogięty, słaby, ulega namowom, zło czyni. Czy tak jak przy drzewach jest to wynik niewłaściwych genów , a może błędów poczynionych w trakcie wychowania?

A niektóre drzewa są czasem takie piękne.

O determinizmie i indeterminizmie

Determinizm, jako jeden z poglądów filozoficznych, jest dość dobrze znany. Determinista uznaje, że wszystko, co się zdarza ma swoje przyczyny i wynika bezpośrednio z zdarzeń w przeszłości. Zatem nic z tego, co się dzieje nie dzieje się samo z siebie, ale jest powodowane odpowiednio wcześniej czynem lub wydarzeniem. Zwykle przyjmuje się, że świat fizyczny jest światem deterministycznym, ponieważ można zawsze wyprowadzić ciąg zdarzeń w przeszłości skutkujący teraz takim, a nie innym wydarzeniem. Pogląd taki skutkuje zwykle fatalizmem, czyli stanem ducha pesymistycznym, opierającym się na przekonaniu, dosłownie “co ma być, to będzie”.

Przeciwieństwo, indeterminizm, dopuszcza w różny sposób wpływ przypadku na świat, w tym życie człowieka. Najciekawszą koncepcję w tym względzie mieli epikurejczycy, którzy metafizycznie świat zbudowali z atomów, poruszających się po określonych drogach (spadających z góry na dół), a potem niejako na siłę, aby pokazać wolność każdego człowieka, wprowadzili przypadkowy ruch w bok. Wada takiego rozwiązania jest jasna – skąd taki przypadkowy ruch w świecie uporządkowanych atomów?

Czy życie człowieka jest deterministyczne, czy indeterministyczne? Tak, bez zastanowienia, wydaje się, że to co się przytrafia każdemu jest wynikiem wcześniej podjętych działań. Dobrze to widać w przypadku sytuacji drastycznej, przykładowo na sali sądowej. Życie człowieka jest deterministyczne, jak się zdaje. Jeśli ktoś się dobrze uczy, na ten przykład, dalej zajdzie w karierze naukowej. Jeśli ktoś pracowity, to w wyniku swojej pracy stanie się bogaty itd.

Obraz ten, ładny i sielankowy, jest jak dla mnie zbyt piękny. Dlaczego w tym deterministycznym życiu osoby nie ma żadnych emocji? Dlaczego zasady rządzące zależnością przeszłość – przyszłość są takie mieszczańskie? Dlaczego ludzie, pomimo tej oczywistości determinizmu, są przekonani o swojej wolności i wolnym wyborze?

Jak inaczej można opisać indeterminizm? Może jako pogląd przyjmujący, że oprócz konieczności jest jeszcze możliwość? W ten sposób przypadkowość zdarzenia realizowałaby się w jego możliwości, a raczej stopniu możliwości. Zatem jeśli każde zdarzenie jest możliwe, to jest to wersja radykalna. Natomiast jeśli niektóre zdarzenia są możliwe, a inne są konieczne, to odpowiadać to będzie umiarkowanemu indeterminizmowi. Oczywiście, przypadek, gdy każde zdarzenie jest konieczne, jest sposobem na przedstawienie determinizmu.

Zatem jakie jest w istocie życie ludzkie? Czy całkowicie podporządkowane konieczności, czy wszystko jest możliwe?

Jak wcześniej można zauważyć, stanowisko deterministyczne opisuje świat fizyczny. Pewne wydarzenia teraźniejsze są opisywane przez wydarzenia przeszłe. Związek pomiędzy tymi wydarzeniami jest ściśle określony, zwykle przez związek przyczynowo-skutkowy.

Życie każdego człowieka jest w pewnym stopniu podporządkowane koniecznościom świata przyrody. Wiadomo, że upadek z wysokości jest śmiertelny, bakterie tyfusu mogą zabić.

Jednocześnie przed każdym człowiekiem jest tyle możliwości, ziszczających się w świecie ludzkim. Może się uczyć w szkole albo samodzielnie, może tworzyć dzieła sztuki, muzyki, literatury, może kochać idee, kobietę, mężczyznę, świat, może wędrować przez dzieje albo przez pola i bezdroża.

Może życie jest początkowo w stopniu najwyższym indeterministyczne? Na początku ma tak wiele możliwości, ograniczonych tak niewieloma koniecznościami – płeć, rasa, miejsce urodzenia. Młody człowiek może się dobrze uczyć, albo unikać pracy, może wybrać dowolny kierunek studiów, a potem zmienić go bez szkody dla siebie na inny. Ile wydarza się pod wpływem emocji, jak wiele jest wynikiem buntu, albo żywiołowej reakcji na niesprawiedliwość.

W pewnym momencie, konieczności zaczynają przeważać. Magister farmacji może podjąć pracę jako informatyk, ale łatwiej w aptece. Ojciec trojga dzieci może rzucić pracę w strasznie niesprawiedliwej firmie, ale zobowiązania wobec potomków nie pozwalają na takie kroki. Przykłady można mnożyć, jedno jest pewne, im człowiek starszy, tym dokonuje mniej wyborów. A te, które podejmuje, często są przewidywalne jego przeszłością. Racjonalne działanie, zimne i czasem wyrachowane zwycięża młodzieńcze emocje. Radzenie sobie z tym stanem rzeczy jest już jednak odmiennym tematem.

O REBT

W zakładce artykuły pojawił się nowy artykuł dotyczący metody REBT. Metoda REBT jest metodą stricte pomocy psychologicznej. Na jej podstawie powstała metoda LBT. Zachęcam do zapoznania się, ponieważ przetłumaczony wstęp pozwala w interesujący sposób spojrzeć na problem agresji i gniewu.

O dziwnym panie, który się pyta

Wspominałem już wcześniej o komiksie filozoficznym. Autorzy na początku zachowywali się bardzo spokojnie, wręcz nieśmiało. W zabawny sposób opisywali problemy filozoficzne. Ważniejszy był dla nich humor w filozofii niż filozofia w humorze. Spieszę poinformować, że to się zmieniło. W ostatnim pasku, a raczej w opisie, niczym bąk żądlą praktycznie każdego studenta filozofii, miłośnika mądrości, czy filozofa.

W skrócie, ponieważ zachęcam do zapoznania się z komiksem, stawiają pytanie: czy filozofia powinna wychodzić do ludzi, którzy jej nie chcą? Każdy, jak się zdaje, odpowie: tak, trzeba, aby ludzie poznawali filozofię, najlepiej od małego, już w szkole.

A teraz genialny pomysł eksperymentu myślowego: wyobraźmy sobie, że po osiedlu chodzi starszy człowiek. Dzieci czy młodzież zatrzymuje. Licealistów pyta: po co się uczą? Maturzystów: dlaczego idą na studia? Dzieci ze szkoły podstawowej: kim chcą być i dlaczego? Pyta się dlaczego słuchać rodziców, czy szkoła ma rację?

Pierwsze skojarzenie: to pedofil. Dzieci do niego lgną. Chcą z nim rozmawiać, obawiam się, że rodzice nie mają czasu. Rodzice myślą, że to pedofil. Niestety, ten starszy, trochę zaniedbany człowiek, mimo śledztwa, nie krzywdzi dzieci.

Rodzice zauważają, że dzieci przestają się słuchać. Są niegrzeczne, pyskują, nic sobie nie robią z kar. W szkole nauczyciele są przepytywani, dlaczego licealiści mają się słuchać, czy warto uczyć się o Sienkiewiczu, czy nie lepiej o Gombrowiczu?

Co każdy zrobiłby w takiej sytuacji? Ten stary zabiera czas dzieciom, miesza im głowach, robią się aroganckie, pyskują rodzicom i nauczycielom. Policja nic nie robi, bo nie jest to przestępstwo – rozmawianie z dziećmi. Co zrobić z tym problemem???

Podejrzewam, że gdybym miał dziecko, szokiem byłoby, gdyby moje dziecko zaczęło mnie krytykować. Na pewno na początku byłoby to straszne, ale gdybym się zastanowił. Taka sytuacja jest przecież pozytywna. Wydaje mi się, że po okresie szoku faktem, że dzieci dorastają, sam bym posyłał je do tego starszego pana na rozmowy.

Jednak inni nie byliby tak dobrze nastawieni. Wiadomo, najważniejsze w życiu jest: praca, pieniądze, zdrowie, małżeństwo czy odpowiedni poziom i styl życia. Tylko nie myślenie.

Oczywiście, Sokrates wybrał. Bąk nie pyta się czy koń chce być ugryziony, czy nie. Bąk robi to, co robi, ponieważ wynika to z jego natury. Sokrates nawet przed śmiercią filozofował. Taka była jego natura.

Odpowiadając na pytanie: czy filozofia powinna wychodzić do ludzi, którzy jej nie chcą? Zacytuję Sokratesa: Bezmyślnym życiem żyć nie warto.

O leniuchowaniu

Czy leniuchowanie jest dobre? Czy nie-pracowanie, czas poświęcony na zabawy, tańce i własne sprawy jest lepszy od czasu spędzonego na pracy? Czy pracowitość jest cnotą?

Te i inne pytania nasuwają się po przeczytaniu Pochwały lenistwa pióra Bertranda Russella. Autor, znany między innymi z współtworzenia wielkiego dzieła Principia Mathematica, opisał ciekawą koncepcję dotyczącą stosunku człowieka do pracy. Zauważa najpierw fakt, że w jego czasach, ale sądzę, że w naszych również, pracownicy pracują ponad siły, a ci, co pracy nie mają, są posądzani społecznie o lenistwo i często trwale bezrobotni. Stan ten wynika między innymi z tego, że pracowitość jest traktowana jako cnota.

Zauważa przytomnie jednak, że takie podejście do pracy wynika z kultury mieszczańskiej. Przed okresem industrializacji, w okresie Renesansu, średniowiecza, praca nie była traktowana jako cel sam w sobie, ale raczej albo jako coś co codziennie trzeba wykonać, albo w kategoriach czynności, które utrzymują przy życiu.

B. Russell proponuje, aby dzień pracy składał się z 4 godzin. Czas po pracy, a także przed pracą byłby poświęcony na czas prywatny. Podobnie jak Marks, optymistycznie wierzy, że czas wolny byłby poświęcony na tworzenie poprzez malowanie, pisanie czy badania naukowe.

Czy jest to możliwe? Czy jest to tylko marzenie, utopia?

Niech istnieje pewna populacja Kalopów. Kalopi mieszkają w klimacie umiarkowanym. Aby każdy z nich przetrwał zimę, mógł przeżyć w spokoju, w pewnym standardzie, otrzymał ubranie, potrzebna jest pewna ilość pracy. Cała populacja musi wypracować kilkaset tysięcy roboczogodzin. Jednocześnie na każdego Kalopa potrzebna jest praca rzędu kilkuset roboczogodzin. Obecnie 90 % procent Kalopów pracuje mocno ponad ustawowe 8 godzin pracy. Zwykle 10 do 12. Wytwarzają w ten sposób produkty dla całego kalopańskiego społeczeństwa, a także dla innych społeczności Ninajsorów, Ceimeinów i innych. Pozostali są bezrobotni.

Aby wykonać pracę konieczną do przeżycia, należy mieć pewną liczbę osób i określoną ilość czasu. W tym momencie Kalopów jest wielu i każdy pracuje ponad miarę ustawową. W efekcie, produkty zaspokajają potrzeby kilku społeczeństw. Tam jednak też ludzie pracują, czyli jest potężna nadwyżka pracy nad potrzebami, przy ciągłym dużym obciążeniu pracą.

Gdyby zmniejszyć czas poświęcany na pracę przy tej samej liczbie osób, każdy mógłby pracować przyjemnie. Nie wierzę, żeby każdy zaraz zaczął pisać wiersze, ale przy odrobinie dobrej woli i nauki, myślę, że byłoby możliwe ukształtowanie nowych nawyków polegających na aktywnym spędzaniu czasu.

Ja nie miałbym nic przeciwko takiemu obrotowi rzeczy, rewolucji, jak gdyby Hannah Arendt powiedziała. Może ktoś jeszcze?

O samobójstwie według Cohena

W części dotyczącej artykułów pojawił się tłumaczenie badań E.D. Cohena nad problemem odpowiedzialności doradcy filozoficznego wobec udanych prób samobójczych jego klientów.

Tłumaczenie dotyczyło jedynie kilku pierwszych stron. Wydaje mi się, że temat jest tak źle opisany przez autora i do tego tak nietypowy w polskich warunkach, że nie warto tracić czasu na tłumaczenie. Szczególnie, że sposób przedstawiania tematu jest wyjątkowo mętny. Pełną wersję artykułu można znaleźć na stronie autora.

O świecie wartości Schelera

Pracę licencjacką poświęciłem na zgłębienie zagadnienia historyczno-etycznego. Pod kierownictwem Pani Profesor Środy, w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, napisałem artykuł na temat epistemologii wartości u Maxa Schelera i Nicolai Hartmanna. Temat ten dotyczył zastosowania fenomenologii w etyce.

Otóż obaj filozofie, Niemiec i Łotysz, wykorzystali dokonania E. Husserla w sferze etyki. Szczególnie M. Scheler zasłynął tym, że jako pierwszy wprowadził do etyki metody ściśle fenomenologiczne w eksploracji zagadnień etycznych. Badania obu zostały ograniczone do sfery wartości. Zgodnie z wynikami badań, każdy człowiek poznaje wartości poprzez emocje. Precyzyjnie, człowiek w obliczu realizacji konkretnej jakiejś wartości, dajmy na to odwagi, reaguje uczuciem, emotywnie, przykładowo podziwem nad czynem odważnym. W akcie analizy tego uczucia odsłania mu się wartość jako czynnik konstytutywny.

Wartość, jako pojęcie, została zadaptowana z ekonomii. Oznaczała cel dążeń człowieka, jakże istotna kategoria dla wszelkich naukowców. M. Scheler, a potem także N. Hartmann, rozumieli ją, a raczej je, bo zawsze chodziło o wiele wartości, prawdziwy wszechświat, jako przedmioty idealne będące jedynie realizowane w świecie poprzez działanie człowieka.

Cały wszechświat wartości, ich przestrzeń, była precyzyjnie podzielona na kilkanaście kategorii. Niestety, pomimo wyjścia przez obu filozofów z prawie tych samych miejsc, obaj stworzyli niezależne systemy wartości. Dowodzi to m.in. niejednorodności tej materii. M. Scheler twierdził, o ile dobrze pamiętam, że wartości święte, sacrum, są najwyżej w porządku. Konstytuują one wszystkie niższe. Te witalne, a potem te życiowe wartości. Przy każdej z nich wskazane są właściwe im uczucia, przejawy i emocje. Ta potężna praca wykonana przez tego filozofa ma jedno zadanie: ugruntowanie etyki na nowych obiektywnie ważnych podstawach.

Zasady etyki Schelera, a za nim nieco później N. Hartmanna, są proste. Należy zawsze realizować pozytywne wartości, a unikać realizowania negatywnych wartości. Następnie, w obliczu wyboru pomiędzy dwoma wartościami, należy zawsze wybierać tę wartość, która jest wyżej w porządku.

Wartości są zdecydowanie traktowane jako idee. Istnieją poza czasem i przestrzenią. Jednak inaczej niż u Platona, ich poznanie odbywa się nie poprzez aktywność intelektualną, a emocjonalną. Taka koncepcja podnosi rangę pragnień wyrażonych w uczuciach. Po setkach lat, wiadomo do czego służą uczucia. Nie tylko do wstrząsania całym jestestwem, lecz także jako precyzyjny kompas.

Ciekawe jest, że jako jedni z niewielu filozofów obaj zastanawiają się nad miłością. Oczywiście w świetle swoich badań. W ten sposób wyniki stają się istotne dla każdego zakochanego. Jego uczucie zostaje dość beznamiętnie przeanalizowane i wskazane zostają wartości, jakie są w ten sposób realizowane. Uchylę rąbka tajemnicy, chodzi o wartości osoby.

Współcześnie tak wiele mówi się o upadku zasad, braku wartości czy lepiej kryzysie wartości. Czy jest tak w rzeczywistości? Jeśli wartości są niezależne od bytu realnego, to właściwie czekają na odkrycie przez jakiegoś pioniera wartości. Cały czas zakładam, że istotnie jest tak, że kryzys wartości jest rzeczywisty. Może być przecież jedynie częścią politycznej gry jakiejś grupy.

O prawdziwym dowodzeniu

Współczesny świat charakteryzuje się między innymi wysokim stopniem relatywizmu. Nie ma absolutnych wartości, każdy tworzy je sam dla siebie, choć częściej należałoby powiedzieć, że sam wybiera własny niepowtarzalny zestaw aksjologiczny. Ciekawe, ten zestaw pozornie jest wyrazem wolności. Wybór jest raczej podyktowany modą, wpływem kultury, a częściej reklam.

W takiej przestrzeni można napotkać różne przekonania relatywizujące zdarzenia do potrzeb osoby. A to każdego można kupić, a to nikt nie jest bez winy, czy moje ulubione – nie rozmawiajmy o gustach, każdy ma swoja. Na marginesie, jak nie rozmawiać m.in. o tym co się podoba i dlaczego, to o czym pozostaje – o pogodzie.

Czy jest możliwe, by podobnie nie było jednego prawdziwego zdania, czy raczej jest wiele? Która z koncepcji prawdy, klasyczna czy pragmatyczna, jest bliższa temu jak świat, kosmos wygląda? Tak, kryterium wyboru jest klasyczne, adequatio rei et intellectus. W końcu ostatecznie to świat sprawdza poprawność przyjętych twierdzeń.

Podobnie, czy każde dowolne sensowne zdanie można udowodnić? I pytanie pomocnicze czy do każdego zdania można przekonać? Wiadomo, że dowód tezy nie jest równoznaczny z przekonywaniem do tezy. Dowód składa się z pewnych zasad przechodzenia od zdań prawdziwych do zdań nowych o nieznanej do czasu dowodu wartości logicznej. Zasady te wykorzystane w kolejnych krokach dowodu. W niektórych metodach dowodzenia konieczne jest przyjęcie pewnych aksjomatów, jako punktów wyjścia. W innych, szczególnie dedukcji naturalnej, pewniki nie występują. Jako wynik takiego układu kolejnych zdań występuje twierdzenie.

Przekonywanie natomiast zależy od doboru argumentów. Dane twierdzenie, co do którego są przekonywani inni, jest ostatnim krokiem w ciągu argumentacji. Zwykle entymematycznie przyjmuje się pewne zdania, lecz nie jest to konieczne. Na pierwszy rzut oka dowodzenie i przekonywanie jest tym samym. W zwykłej praktyce językowej niektórzy nawet mówią zamiennie.

Powtórzmy jeszcze raz dwa pytania: czy każde dowolne sensowne zdanie można udowodnić? I pytanie pomocnicze czy do każdego zdania można przekonać? To przecież dwa różne zagadnienie. Pierwsze z nich dotyczy tworzenia dowodów, aby dowolne zdania móc dowieść. Pamiętajmy, osoba, która poznaje dowód Kartezjusza o jaźni, po zrozumieniu jest przekonana o prawdziwości “Jestem więc myślę”. Czyli pozornie pomocnicze pytanie pchnęło myśl na tory błędu.

No bo cóż to znaczy, że można przekonać do każdego zdania? Czy nie tyle, że przekonywujący nakłonił do zmiany zdania przekonywanego? Ale wystarczy zagrozić niebezpieczeństwem, a każdy stara się dostosować do zdania grozodawcy. Nie ma to się nijak do intelektualnego piękna dowodu matematycznego o podziale kuli Banacha (nie pamiętam nazwiska drugiego matematyka).

Czyli jeszcze raz: czy każde zdanie jest do udowodnienia, tj. można przedstawić dowód? Czy nie dotyczy tego twierdzenie Goedla? Ten genialny filozof dowiódł, że w systemach aksjomatycznych można przyjmować prawdziwe zdania, których nie będzie można udowodnić przy pomocy narzędzi tego systemu. Przynajmniej tak się referuje ten temat ogólnikowo.

Trzeba by ten temat zbadać lepiej.

O fortunie

Wielki poeta rzymski, Horacy, pisał w pieśniach

Los wiarołomny o żadne względy
nie dba, Fortuna się naigrawa,
jednym zaszczyty odbiera,
drugim daje łaskawa.

Jak to jest z fortuną? Znane tradycyjne przysłowie stwierdza: fortuna kołem się toczy. Włoska wersja mówi: dla jednych schody prowadzą do góry, dla innych – w dół. Fortuna zdaje się być starożytnym bóstwem, które personifikowało zmienność losu. Dobitnie ukazuje to Michel de Montaigne w Próbach. Wielu ludzi, zapytanych, potwierdza istnienie jakiejś siły, która zmusza dumnych do pokory, a biednych wznosi na wyżyny. Wskazuje także na znane historie, przyjaciół czy znajomych, którzy byli doświadczeni taką zmianą.

Czy rzeczywiście jest tak, że każdego czeka kompletna zmiana jego życia? Zmiana, co należy zauważyć, na przeciwieństwo? Czy życie człowieka jest tak proste? Podlega zwyczajnej zmianie, na inne i jednocześnie przeciwne do dotychczasowego?
Jeśli ktoś był bogaty, będzie biedny. Ten, co był u władzy, jest władany. Chory wcześniej był zdrowy, zdrowy będzie chory.

Zatem już teraz należałoby przygotowywać się na złe strzały fortuny. Ale zastanówmy się. Czy w takim zarysowanym obrazie nie ma czasem jakiejś luki, ukrytych założeń?

Należy pamiętać, że historie, które przytaczają znajomi opisując działania fortuny, czy wspominany Montaigne, są przykładami jednostkowymi. To jedna i tylko jedna osoba z wszystkich osób zdrowych zachorowała. Tylko jedna osoba wzbogaciła się na loterii. Tylko jednego Cezara legiony pasowały na władcę. Z jednostkowych przykładów nie można wnioskować o ogólnych zasadach świata. Wyliczanie kolejnych przykładów bez wyczerpania wszystkich egzemplarzy nie jest pewnym sposobem potwierdzania prawa, niezależnie czy to jest biologia czy filozofia.

Człowiek wierzący w Fortunę i jej działania przyjmuje niejawnie, że jego życie jest poddane fatum. Taki człowiek nie ma jak przeciwdziałać ślepym wyrokom losu. Cokolwiek zrobi, efekty będą jakie muszą być. A jednak jakże wielu już wcześniej, i będą później, sprzeciwiało się losowi, walczyło o lepsze jutro, przygotowywało się do pracy, działało na rzecz poprawienia kondycji współwyznawców, biednych czy dyskryminowanych. Można i trzeba przeciwstawiać się losowi.

Koncepcja fortuny wywodzi się historycznie z starożytnej Grecji. Pamiętajmy, że Grecy trochę inaczej postrzegali świat. Przykładowo, dla nich liczby parzyste były doskonalsze od liczb nieparzystych. Podobnie skończony świat był lepszy od świata nieskończonego. Grecki kosmos był systemem połączonych elementów. Dowodzi tego, chociażby bogata mitologia operująca driadami, a także interwencjami boskimi. W takim świecie, cokolwiek człowiek by nie zrobił, dokonywał głębokiego wpływu na tkankę świata. Jego los od dawna był w rękach Mojr, straszliwych prządek ludzkiego przeznaczenia. Człowiek, igraszka bogów, zależny od nich, musiał być przygotowany do przyjęcia swojego losu, swojego przeznaczenia.

Poważnym zarzutem przeciwko koncepcji fortuny jest także czas. Zwolennicy fortuny nie zastanawiają się nad tym, kiedy dojdzie do wyczekiwanego zwrotu losu. Po prostu pewnego dnia to się dzieje. A przecież należałoby wskazać odmianę losu już wcześniej. Chociażby ją przeczuwać.

A jak jest naprawdę? Czy człowiek jest wolny, czy jest poddanym królestwa przeznaczenia? Czy fortuna istnieje, czy jest tylko wygodną formą zazdrości wobec sukcesów innych, takie złożyczenie? Może pewnego dnia poznamy odpowiedź.

O spółdzielniach mieszkaniowych

Pomysł spółdzielni, w tym także mieszkaniowych, powstał, jak mi się zdaje, w XIX wieku. O ile dobrze pamiętam, idea ta była wynikiem zastosowania zasad socjalizmu w praktyce. Wiek XIX słusznie jest pamiętany jako okres dominacji drapieżnego kapitalizmu. Nie wszyscy jednak zgadzali się na świat ogarnięty prawami dżungli, własności czy wolnego rynku.

Możnaby w tym miejscu opisać całą historię spółdzielczości. Przypomnieć takie ciekawostki, łatwe do znalezienia w sieci, o tym, że na terenie Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej tylko mogły działać zakłady spółdzielcze. Niemniej z punktu tego artykułu ważniejsze są wartości, którym hołdowały spółdzielnie.

Najpierw trzeba powiedzieć o równości. Niezależnie od wykształcenia, od pochodzenia społecznego, spółdzielcy byli wobec siebie równi, zarówno w ponoszeniu nakładów, jak i korzyściach. Kolejną ważną wartością jest przejrzystość struktur i przepływu informacji w spółdzielni. Ponadto każdy członek mógł być wybrany do Rady. Zatem każdy członek miał realny wpływ na działania spółdzielni.

System władzy i kontroli był trójdzielny. Nie wiem, czy spółki prawa handlowego zaadaptowały ten system, czy raczej spółdzielnie przyjęły zasady kierowania spółek. W skrócie, Zarząd reprezentował Spółdzielnię w sprawach bieżących. Wybieralna Rada Nadzorcza podejmowała uchwały w codziennych sprawach wynikających z działalności spółdzielni, w ściśle określonym zakresi. Natomiast większość ważnych decyzji, ściśle określona w statucia, była podejmowana w trakcie Walnego Zgromadzenia przez wszystkich członków spółdzielni.

Niestety, okres PRL zmienił obraz spółdzielni. Stały się jeszcze jednym narzędziem budowania komunizmu. Szczególnie dobrze widać to na przykładzie spółdzielni mieszkaniowych. W Warszawie były to molochy, zwykle po jednym na każdą dzielnicę. Tysiące osób-członków, spory z PZPR, wprowadzanie swoich na stanowiska przez partię, oddawanie części mieszkań za darmo w imię otrzymania przydziału to tylko niektóre błędy i wypaczenia. Spółdzielnie mieszkaniowe budowały domy w technologii wielkiej płyty. W latach 60-tych i 70-tych rozwiązywały palące problemy mieszkaniowe, co należy zaliczyć do obrony.

Współcześnie, powoli można zauważyć powolne wracanie do idei spółdzielczości, które znane są z okresu międzywojennego. Dzieje się to bardzo powoli. Przyczyną tego, jak się mi wydaje, jest to, że przez ostatnie 20 lat nie zmieniał się układ sił w spółdzielniach mieszkaniowych. W niektórych z nich, do dzisiaj traktuje się spółdzielcę jako zło konieczne. W innych nie informuje się, pomija, przy podejmowaniu ważnych decyzji. Zarząd, Rada Nadzorcza manipulują członkami w taki sposób, by władać spółdzielniami. Decyzje są podejmowane często bez poparcia merytoryczną argumentacją, lecz z usadnieniem emocjonalnym.

Czy spółdzielnia jest zatem lepszym rozwiązaniem w stosunku do zasobów mieszkaniowych niż wspólnota mieszkaniowa? Wspólnoty mają jedną przewagę nad spółdzielniami. W małych i średniej wielkości blokach są bardzo elastyczne. Reagują na problemy pewnie i szybko. Jako rodzaj związku właścicieli, są zainteresowane korzyściami i sprawnie je wyszukują.

Natomiast spółdzielnie są tak prawnie zbudowane, że znacznie trudniej jest doprowadzić do szkód w działaniu bieżącym. Lustracje, nadzór zewnętrznych audytorów, Rada Nadzorcza, Walne Zgromadzenie – to tylko z niektórych narzędzi. Jednym z pobocznych celów, uznawanych jako spółdzielcze, są działania wychowawcze, oświatowe, wykonywane na rzecz członków.

Zagadnienie tego eseju można zrekapitulować w następujący sposób. Jaka jest korzystna dla wszystkich forma współdziałania? Czy jest to zgromadzenie właścicieli, gdzie każdy egoistycznie, niczym kapitalista, żąda efektów, niskich kosztów i efektywności? Wówczas świat współczesny podąży w kierunku drapieżnego kapitalizmu, wersji nieprzyjemnej dla osób niezdolnych do handlowania. Czy lepiej wprowadzać formy społeczne w rodzaju spółdzielni? Czy lepsze są te działania egoistyczne, czy socjalizujące na siłę?

Starsze wpisy »