O świętach

Zgodnie z polską tradycją ludową, już niedługo spotkamy się z dawno niewidzianą, ale bliską sercu rodziną. Tradycyjnie bowiem z rodzeństwem spotkać się można w czterech sytuacjach tj. z okazji świąt grudniowych, z okazji świąt wiosennych, z okazji pożyczki i czasem z okazji urodzin rodziców.

Ale nie o tym chciałem. Już niedługo każdy każdemu będzie odmieniał przez wszystkie przypadki życzenia „Wesołych świąt”. Czy naprawdę to są jedyne życzenia, jakie można sobie składać?

Czy trzeba tak silnie epatować swoim hurra-katolicyzmem? Czy taka ma być Polska, gdzie pozwala się na wyrażanie zgody na karę śmierci (podobno 70% badanych Polek i Polaków jest za tym, wbrew nauczaniu Kościoła Katolickiego), ale nie pozwala się sobie zauważyć, że oprócz bożników jest także i inny, prawosławny (święta w tym roku 7 stycznia 2012 roku), muzułmanin (kompletnie nie czci narodzin, a może Proroka), buddysta (czci urodziny, ale ważniejsze jest święto oświecenia Buddy i uruchomienia koła Dhammy), czy ateista (jest przekonany, że religia to mity i bajki)?

Nawiasem mówiąc, ciekawe ile osób będzie na tyle odważnych, żeby w trakcie uczty, za która zapłacą pracą i bezsennymi nocami kobiety, a mężczyzni tylko będą patrzeć i zajadać, zapytać innych, zebranych przy stole, przecież najbliższych, o stosunek do jezusa chrystusa, jak postrzegają tę postać, lub czy jest obecny w ich życiu. Zachęcam do badań z punktu widzenia etnografa. Mogą one bowiem powiedzieć coś więcej o nas samych.

O lewicowo.pl

Całkiem niedawno odbyła się w Krytyce Politycznej prezentacja ostatniej książki Kingi Dunin. Jednym z zaproszonych gości była prof. Magdalena Sroda. W trakcie dyskusji nad książką, rozmowami z autorką, Pani Profesor stwierdziła, że do polskiej sceny politycznej nie przystaje juz podział na prawicę i lewicę. Uzasadniła to wskazując na przemieszanie programów tradycyjnie lewicowych i prawicowych w obrębie jednej z partii. W zamian Pani Profesor zaproponowała podział na tradycjonalistów i progresywistów, czyli tych trzymających się tradycyjnych rozwiązań i wartości oraz tych wybierających zmianę i postępowe, emancypacyjne wartości.

Przyszło mi to na myśl, gdy czytałem artykuły opublikowane na stronie www.lewicowo.pl. Strona ta dotyczy lewicy demokratycznej, patriotycznej i antykomunistycznej.

Przyznam się, że dobór epitetów budzi zdziwienie. Ja rozumiem, że lewica obejmuje wiele gatunków, odmian i prądów. Ale dlaczego przedstawiciele lewicy muszą być patriotami? Dlaczego lewica ma taką silną manię wybielania się i wyprzedzającego usprawiedliwiania samych siebie przed zarzutem bycia lewicowym totalitaryzmem?
Podobny zarzut można postawić epitetowi demokratyczny.

Uważam, że jedno to jest wprowadzenie dyktatury proletariatu, a drugie to różnego rodzaju idee lewicowe. A warto przeczytać zgromadzone artykuły na stronie lewicowo.pl, ponieważ pokazują kilka ważnych rzeczy o lewicy.

Przykładowo, już od blisko 150 lat w Polsce żywe były i są idee socjalistyczne, anarchistyczne, syndykalistyczne i szeroko rozumiane emancypacyjne. Komunizm w rozumieniu bolszewizmu był tylko jednym z prądów. Krytyka komunizmu sowieckiego istniała i była bardzo silna praktycznie aż do końca II wojny światowej.

Dlatego też zachęcam do przeczytania niektórych z tych artykułów, co powinno pomóc zrozumieć czym jest socjalizm, anarchosyndykalizm i jak wiele łączy ludzi na lewicy, a jak mało dzieli.

Zmiany na blogu

Kilka tygodni temu minęły dwa lata od momentu, gdy rozpocząłem prowadzenie tego blogu. Początkowo przyświecały mi szczytne cele wprowadzanie praktyki filozoficznej wśród osób posługujących się językiem polskim czy mieszkających na terenie Polski. Chciałem połączyć moją pasję do filozofii z pomocą osobom, które mają problemy filozoficzne.

W czasie prowadzenie tej strony napisałem wiele lepszych, oraz gorszych wpisów na wiele tematów. Starałem się powiązać zagadnienia dostrzeżone w świecie wokół mnie z filozofią i doradztwem filozoficznym. Zdaję sobie sprawę, że nie zawsze mogłem, umiałem dostatecznie jasno się wypowiadać.

Do dnia dzisiejszego nie dysponuję żadnymi przesłankami przemawiającymi za tym, że pomysł doradztwa filozoficznego ma szansę okazać się sukcesem w Polsce. Nikt nie skorzystał z mojej pomocy jako doradcy filozoficznego.

Możliwe, że moim błędem było to, że nie reklamowałem się zbytnio, choć Google świetnie reaguje na słowa kluczowe: „doradca filozoficzny”, „doradztwo filozoficzne” czy „praktyka filozoficzna”.

Wydaje się, że gdyby podjąć się rozpropagować propozycje doradztwa filozoficznego bardzo szeroko i wykorzystać w tym celu silnie rozbudowaną kampanię medialną, to możnaby sprzedać ten produkt rzeszom konsumentów, odbierając część rynku usług doradczych wszelakim coachom, psychologom czy trenerom.

Tylko czy poradnia filozoficzna powinna działać według kategorii dzikiego kapitalizmu? Może mój sposób doradztwa nie jest taki zły. Zamiast reklam, pozycjonowanie w google na podstawie słów kluczowych, zamiast opłaty za spotkanie, praca pro bono publico, zamiast wynajmowania gabinetu w trendy lokacji, dyskusja mailowa lub chat.

Dlatego też zmieniam formułę tego bloga. Postaram się nadal odwoływać się do praktyki filozoficznej, ale jednocześnie będę starał się poszerzyć zakres praktyki.

Wspomnienie o Profesorze Siemku

W tym roku zmarł profesor Siemek, wybitny filozof, znawca filozofii niemieckiej. Nie poznałem osobiście profesora Siemka. Kilka lat temu, będąc na jednym z pierwszych spotkań Oddziału Warszawskiego Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, mogłem Go poznać, gdybyśmy byli sobie przedstawieni.

Potem wywiązała się choroba serca, szczegółów nie znam. Przez kilka lat w gablocie w Instytucie Filozofii było wezwanie do pomocy finansowej w leczeniu tejże choroby.

Zatem jestem ewenementem, ponieważ w związku ze śmiercią profesora Siemka wszyscy przypominali sobie Jego wykłady, wpływ na ich pracę i tym podobne. W zeszłym miesiącu Oddział Warszawski PTF przygotował panel dyskusyjny, a jeszcze wcześniej, czyli tuż po pogrzebie, odbyła się konferencja na temat pracy i dokonań Profesora.

Ja sam należę do pokolenia osób, które odchodzących, tych ważnych w ostatnich ćwierćwieczu, mogą jedynie poznać przez ich pisma, pozostawione dzieła.

Miejsce na filozofię

Jeżeli spojrzeć na filozofię historycznie, to bardzo niewielu filozofów postulowało praktyczne stosowanie wyników filozoficznych rozważań w praktyce. Pomijam tutaj Sokratesa czy Platona, mam na myśli Marksa.

Zresztą jak można zastosować solipsyzm Berkeleya w codziennym życiu, na przykład płacąc rachunek w restauracji. Epistemologia wartości Hartmana też nie pomoże w obliczu konieczności stania w kolejce w urzędzie. Leżąc w trakcie bolesnego zabiegu dentystycznego namysł nad logika epistemiczną i jej zobowiązaniami ontologicznymi jest znośnym zajęciem myśli, wobec nieznośnego szumu narzędzi dentystycznych.

Filozofia jest działalnością teoretyczną. Zawsze taka była. Niektórzy próbowali stosować ją praktycznie, czym zawdzięczali przezwiska dziwaków, głupków czy komunistów.

Ileż to osób będzie zawsze mówiło prawdę w imię cnoty prawdomówności? Ileż to osób stara się być życzliwym innym na podstawie sylogizmu hipotetycznego Kanta? Ile osób przechodzi na zielonym świetle przez ulicę, ponieważ wybrało praworządne życie i przyjmuje egzystencjalną odpowiedzialność?

No, ale co z odwiecznym pytanie o wszechświat, życie i całą resztę? Czyż każdy z czytelników nie zastanawiał się po co żyć, a co po śmierci, czy dusza istnieje itp?  Dlaczego ciągle jest kryzys? Czemu świat nie jest tak radosny jak 10, 15 lat temu? Dlaczego nie rozumiem współczesnej muzyki, a podoba mi się stara Pidżama?

Jeżeli zderzymy te pytania z teoretycznością filozofii, jej wielkim zakresem problemów, to warto sobie postawić pytanie, jak samodzielnie poznawać dzieła filozofów, jak z nimi obcować i dowiedzieć się, że Hegel odpowiada na pytania postawione przez Schlegla, a nie przez Locke’a?

Żeby się zajmować tą działalnością, proponuję albo iść na 3-5 letnie studia filozoficzne, (przy czym lepiej na uczelni świeckiej niż wyznaniowej), albo spotkać się z doradcą filozoficznym, wykształconym filozofem, który będzie nawigatorem dla każdego nie-filozofa, Gościa i który przeprowadzi przez rafy i sztormy problemów filozoficznych do portu samowiedzy.

Przyczyna przyjemności

Miłe dobrego początki.

W tym tygodniu rutynowo sprawdzając statystyki tego blogu, zauważyłem wyniki, które można określić jako tłok na stronie internetowej.

Przyczyną, jakże miłą mojemu sercu, było osobiste odniesienie się na zaprzyjaźnionym blogu do mojej tematyki.

Niniejszym serdecznie dziękuję za to.

O krucyfiksach i Polsce

Po raz kolejny możemy być świadkami w mediach walki o „krzyż”. Palikot, wraz z współpracownikami, zaproponował zdjęcie krzyża z sali obrad plenarnej. Temat ten rozpalił całkowicie nowych posłów, niczym krzesiwo zapala hubę.

W jaki sposób doradztwo filozoficzne, w swej wszelakiej formie, mogłoby tutaj pomóc?

Widzę tutaj dwa aspekty: polityczny, czyli publiczny i prywatny. Z punktu widzenia polityków, nie jest istotne, czy powinien być tam znak jakiejkolwiek religii czy też tylko pusta ściana. Ważne bowiem jest jaką pozycję dana grupa polityczna zajmie po starciu pod „krzyżem”.

Dla osób prywatnych, sprawa nie jest tak prosta. Zwykli ludzie chcą bowiem postępować zgodnie z prawem, ale także zgodnie z sumieniem czy samym sobą. Z tej pozycji problemem dla takiej osoby może być zajęcie stanowiska w samej sprawie, ale także dookreślenie stanowiska w każdym przypadku wystawiania krzyża publicznie.

Wystawianie krucyfiksa publicznie może mieć czworaką formę:

  1. krucyfiks w kościołach
  2. krucyfiks w urzędach czy sejmie – mam tutaj na myśli urzędy publiczne tzw. organy administracyjne, wszelkie wydziały architektury, urzędy dzielnicy, gminy i powiatu
  3. krucyfiks na ulicach i przy drogach – myślę tutaj o tych wszystkich przydrożnych kapliczkach, krzyżach na rozstajach dróg czy przy drodze.
  4. krucyfiks w miejscach publicznych niepaństwowych – szkoły, zarządzane przez lokalne gminy, szpitale, zakłady pracy, i inne miejsca

Widać z tej podstawowej klasyfikacji, że symbole religijne występują w różnych miejscach publicznych.

W tym momencie osoba zastanawiająca się nad tym problemem, nie-filozof, mogłaby spotkać się z doradcą filozoficznym i podjąć dyskusję nad zagadnieniem obecności krzyża w miejscach publicznych. Doradca filozoficzny nie tylko mógłby pomóc uściślić podział, ale także przedyskutować, w sposób dbający o zdanie nie-filozofa, pewne rozwiązania, które były satysfakcjonujące dla gościa.

O ciekawych stronach

Ze względu na współcześnie dominujące ideologie, warto czasem przeczytać „obrazoburcze”, lecz ciekawe wpisy, które w interesującej formie zmuszają do myślenia i zastanowienia się co jest prawdą, a co jest oceną lub interpretacją. Zapraszam zatem i polecam

http://pytania.wordpress.com/2011/10/11/o-krukach-i-ludziach-temat-biezacy/

O drapieżnych tygrysach kapitalizmu

Kilka dni temu wracałem pociągiem z wycieczki. W trakcie podróży wagonem bezprzedziałowym, byłem zmuszony przysłuchiwać się rozmowie trzech młodych dżentelmenów – pracowników firmy prowadzącej  http://filmaster.pl/.

Oczywiście podsłuchiwanie jest naganne, lecz jestem całkowicie usprawiedliwiony. W tym przypadku siedziałem tuż koło nich, a oni wcale na mnie nie zwracali, zresztą na resztę wagonu również, żadnej uwagi. Mówili głośno, jako jedyni w całym wagonie. Zatem mogłem być niechętnym świadkiem pracy umysłowej tygrysów polskiego kapitalizmu informacyjnego.

Rozmowa tych osób toczyła się ze zmiennym natężeniem, czasem głośniej, czasem ciszej. Tematy nie były interesujące, ot rozmowa współpracowników.

Piszę o tym jednak, dlatego, że ich dyskusja była przykładem aktualizacji potrzeby czynnej praktyki filozoficznej. Uzasadnię w następująca sposób odnosząc się jedynie do dwóch tematów:

  1. Panowie Dżentelmeni dyskutowali na temat ważności matematyki oraz potrzeb tejże w edukacji. Ich dyskusja jednak była powierzchowna tzn. powtarzali argumenty oparte na utylitaryźmie, słychać było ich problemy z dookreśleniem zakresu rozmowy. Pomoc doradcy filozoficznego jako moderatora na pewno podniósłaby wzajemną satysfakcję stron.
  2. Panowie zastanawiali się także nad doborem słów potrzebnych do opisów na prowadzonej stronie. To było ciekawe doświadczenia, słuchać jak próbują zdefiniować znane powszechnie epitety takie jak „dobry”, „niezły”, „genialny”. Tu konsultacja z doradcą filozoficznym umożliwiłaby szybkie i pewne poprowadzenie dyskusji i wybór właściwych słów, zgodnie z potrzebną lub szukaną konotacją.

Warto by zatem zawołać:

o, wy pracownicy firm, w czasach postępującej specjalizacji, w czasach polskiego drapieżnego kapitalizmu, poszukujcie doradztwa w sprawach filozoficznych, semantycznych czy etycznych. Doradca nie kosztuje wiele „zachodu”, a pomoże, doradzi i zaoszczędzi cennego czasu.

 

O hipotezie komunistycznej

Na stronie racjonalisty otworzyłem temat dotyczący hipotezy komunistycznej. Intryguje mnie to zagadnienie z co najmniej 3 powodów:

  1. patrzenie z pozycji „komunizmu”, „lewicy” ułatwia krytykę współczesnego społeczeństwa. Ruchy te odsłaniają mechanizmy kapitalizmu, które przyjmowane są bezkrytycznie, albo z założeniem, że nic lepszego jeszcze nie wymyślono. W ten sposób można świadomie patrzeć na rzeczywistość.
  2. martwię się także o własną przyszłość, bowiem jestem w grupie potencjalnego wiecznego bezrobocia i w pierwszej linii do zwolnienia w przypadku wielkiego kryzysu. Kolejnej pracy mogę nie znaleźć, z różnych powodów.
  3. kategoria komunizmu, nawet jeżeli jest utopią, pozwala nadać dodatkową wartość życiu jednostki. Należy jednak wystrzegać postrzegania tej czy innych idei w rozumieniu religijnym. Lewica nie jest religią, ani jej nie zastępuje. Religia to opium, zatem każda idea, jeśli jest traktowana jak religia, to opium.

Gdzie w tym wpisie jest doradztwo filozoficzne? Doradca filozoficzny winien być apolityczny, nie powinien agitować w rozmowie filozoficznej wobec tej czy innej ideologii. Zatem w trakcie prowadzenia praktyki, doradca nie powinien zajmować żadnej ze stron w potencjalnym sporze politycznym.

Można jednak wyobrazić sobie problem Gościa Doradcy filozoficznego, który wymaga namysłu nad współczesną filozofią polityczną. Profesjonalizm i rzeczowość prowadzonego doradztwa filozoficznego wymaga wówczas przedstawienia wszystkich możliwych sposobów rozwiązania analizowanego problemu. Jedyna cenzura, jaka mogłaby być wprowadzona, to ograniczenie się do tych idei politycznych, które nie są dyktaturami lub nie prowadzą w sposób oczywisty do nich.

Wielki powrót

Po blisko rocznej przerwie zdecydowałem się powrócić do projektu Doradztwa Filozoficznego.

Zrobiłem to, choć wielkie firmy nie biły się o mnie, abym napisał im projekt kodeksu etyki.

Zrobiłem to,  choć właściwie w Polsce nikt nie interesuje się doradztwem filozoficznym, wszyscy bowiem Polacy nie zadają pytań o aborcję, przyjaźń czy rewolucję.

Zrobiłem to, ponieważ jest to jeszcze jeden sposób samookreślenia siebie, jednak bez tego zadęcia zeszłorocznego.

Milczący czytający, bywajcie!!!

O spotkaniu Polskiego Towarzystwa Filozoficznego z dnia 1 marca 2010 roku

Dnia 1 marca 2010 roku odbyło się kolejne, comiesięczne, spotkanie Oddziału Warszawskiego Polskiego Towarzystwa Filozoficznego. W tym miesiącu referentem była Pani Profesor Iwona Lorenc, IF UW. Referat nosił tytuł „Minima morala a minima esthetica. Pozytywizm Z. Libery”.

Pani Profesor przedstawiła na spotkaniu zarys wyników swojej pracy naukowej. Szerzej ukażą się one w pozycji, która ma być niebawem wydana. Referat dotyczył estetyki i jej roli we współczesnym świecie.

Pani Profesor rozpoczęła od przytoczenia pytania Th. Adorno: „czy można pisać wiersze po Oświęcimiu?”. W swoim wystąpieniu odwoływała się do poglądów Ricoeura, Gadamera, Lyotarda, Vattimo, Welsha czy Marquardta. Referat był złożony i bardzo hermetyczny.

Po referacie rozpoczęła się dyskusja, która między innymi dotyczyła roli filozofów w sztuce czy filozoficzności projektu przedstawionego przez Panią Profesor.

Czy życie jest sensowne?

Pytanie gościa:
Czy moje życie jest sensowne? Nie umiem poczuć sensu swojego życia, znaczenia tego co robię, czym się zajmuję. Dlaczego nie jestem zadowolony z mojego życia, moich dokonań czy mojej przeszłości?

Odpowiedź doradcy:
W takiej sytuacji wobec takiego problemu, ważne jest, by doradca nie starał się za wszelką cenę przekonać do swojego zdania na temat racjonalności świata. Doradca nie powinien nigdy przekonywać gościa do swoich racji. Właściwym postępowaniem jest raczej badanie sytuacji gościa w celu doradztwa.

Kilka pytań otwartych, które dotyczyłyby przeszłości, spraw bieżących czy życia osobistego, powinno pomóc określić stan gościa. W ten sposób doradca będzie mógł wskazać gościowi niektóre z przyczyn takiego nastroju. Wskazywanie winno być wynikiem rozmowy, a nie diagnozy. To gość ma niczym kapitan sterować swoim życiem, doradca powinien jedynie pomagać w nawigacji.

Nastrój niemocy i bezsensu życia może być spowodowany ostatnimi wydarzeniami w życiu gościa. Związek ten jednak dla gościa może być niedostrzegalny. Bądź gość może być świadomy takiego związku i właściwie problemem jest akceptacja tych wydarzeń. Nastrój może być konsekwencją tych wydarzeń.

Rozmowa może jednak doprowadzić do sytuacji, gdy doradca chcąc zrozumieć gościa, stanie w obliczu czystego poczucia bezsensu życia gościa, stanie niejako w butach gościa i przejmie go nastrój gościa. Wówczas doradca winien powstrzymać się od prób przekonywania gościa o sensowności. To nie jest zadanie doradcy.

Odpowiedzialność za drugiego człowieka i zwykłe współczucie wymaga, by doradca w takiej sytuacji dopilnował spotkania gościa z psychoterapeutą.

Czy śmierć jest końcem?

Pytanie gościa:
Czy śmierć jest końcem? Co jest po śmierci? Dlaczego czeka mnie śmierć?

Odpowiedź doradcy:
Pytanie o śmierć, jej nieuchronność jest pytaniem, które każdy człowiek zadaje sobie co najmniej raz w życiu. Fenomen śmierci, doświadczanie w postaci śmierci innych, a potem osobiście przenika całą egzystencję człowieka. Filozofia, niemal od swych początków, pomagała zaakceptować to nieuniknione zdarzenie.

Gość, zadając takie pytanie, może chcieć albo porozmawiać o życiu po śmierci czyli o istnieniu po tym doświadczeniu, albo nurtuje go problem powszechności tego zjawiska.

W pierwszym przypadku, doradca może kierować rozmowę z gościem w kierunku istniejących argumentów na temat nieistotności śmierci. Historia filozofii zna wiele takich uzasadnień, poczynając od Sokratesa przez Boecjusza aż do nawet Wittgensteina. Celem nie jest jednak pomoc polegająca na kolejnym wyliczeniu argumentów przemawiających za istnieniem po śmierci. Filozofowanie nie powinno być traktowane jako supermarket, gdzie klient wybiera ulubiony rodzaj cukierków z całej półki. Doradca powinien w taki sposób prowadzić rozmowę, by raczej dyskutować na temat śmierci przy pomocy argumentów. Doradca stara się pomóc gościowi w analizie tego zjawiska.

W drugim przypadku, gość może traktować problem śmierci wyjątkowo osobiście, co może rzutować na jego życie. Doradca nie powinien przekonywać gościa do swoich racji przez wskazywanie na wartość życia czy przekazywać swoje przemyślenia na ten temat. Uczucia gościa są ważne, ponieważ mogą zmotywować gościa do przemyślenia swojego stosunku wobec śmierci. W tym celu, jak się zdaje, winna zmierzać rozmowa z doradcą.

Czy wybaczyć zdradę?

Pytanie gościa:

Jak postępować w przypadku zdrady przyjaciela? Czy przebaczyć? Czy nigdy nie wybaczyć?

Odpowiedź doradcy:

Pytanie o zdradę jest pytaniem, które winno być ostatnim w całym szeregu innych pytań. Gość, który przychodzi do doradcy, winien określić swoje uczucia, swoje emocje, zapytać się samego siebie, co czuje i odpowiedzieć na to pytanie. W ten sposób nakreślone zostaną ramy spotkania, podporządkowane tej emocji, lub tym emocjom.

Zakładam tutaj niejawnie, że gość jest świadomy roli praktykującego filozofa, a także, że gość nie jest osobą z problemami psychicznymi, które winny być przedmiotem pomocy psychologa.

Jest całkiem możliwe, że gość czuje w stosunku do zdradzającej przyjaciółki lub zdradzającego przyjaciela niezbyt silne emocje. Problemem może być przejmujące uczucie zawodu bądź smutek spowodowany poczuciem samotności. W każdym z tych przypadków dalsza rozmowa będzie biegła w nieco innym kierunku.

Samo ustalenie emocji, nazwanie jej, zaakceptowanie istnienia może spowodować ulgę. W postawionym jednak pytaniu-problemie nie chodzi jednak o terapię ani psychologiczną, ani tym bardziej terapię filozoficzną. Zagadnienie dotyczy stosunku wobec zdradzającego.

Dlatego też następnym krokiem, jakim byłbym skłonny wykonać, byłoby ustalenie podstaw etyki gościa. To właśnie tam kryje się odpowiedź na pytanie co czynić w takiej sytuacji przy takim uczuciu.

Każdy wyrabia sobie, jako wynik edukacji, wychowania czy doświadczeń, pewne zasady tworzące razem etykę. Z tego powodu, etyka gościa może jedynie przypominać wielkie teorie etyczne takie jak utylityryzm, eudajmonizm czy personalizm.  Moim zadaniem, jako doradcy, jest wydobycie na wierzch założeń, przyjmowanych przez gościa, a także pomoc w określeniu najważniejszych części etyki gościa.

Kolejnym zadaniem, jako doradcy, będzie nakierowanie gościa pytaniami w takim kierunku, by uświadomił sobie relacje pomiędzy poglądami a przeżywaną sytuacją lub, co w świetle wyznawanych zasad, przekonań, może zrobić, a co powinien zrobić w przypadku zdrady. Rozmowa pozwoli na podjęcie działań lub nie, pogodzenie się z emocjami lub nie. Ostatecznie decyzja winna zostać podjęta samodzielnie przez gościa.

Dialog o logice

Występują:       Przyjaciel A, Przyjaciel B

Miejsce:           przystanek autobusowy

Czas:               nieokreślony

Przyjaciel A: Mój przyjacielu, wiem, że jesteś zainteresowany logiką, lecz niestety muszę Cię wybudzić z Twojego snu. Logika jest nic nie warta, wbrew temu co sądzisz. Oczywiście zgodzę się, że warto uczyć się logiki, ale tak jak matematyki, jako źródła pewnej umiejętności posługiwania się umysłem, myślenia inteligentnego. Niemniej poza tym, logika nie jest warta wysiłku poznania.

Przyjaciel B: Jak sam powiedziałeś, i tu muszę się z Tobą zgodzić, logika uczy pewnej umiejętności. Jednak sprowadzać logikę, redukować ją jedynie do jednego jedynego zastosowania, to za daleko idące uproszczenie. Spójrz, to, że w szkołach, w wielu podręcznikach uczą jedynie podstaw nie oznacza, że te podstawy w jakikolwiek sposób są jedyne. Poza światem zdań, „szlaczków” – jak niektórzy opisują logikę predykatów, kryje się cały wszechświat, który leży do poznania.

A: Poczekaj, poczekaj… O ile mogę zrozumieć operowanie zdaniami, o ile mogę zrozumieć konieczność posługiwania się szlaczkami, to dlaczego uważasz, że jest mi cokolwiek więcej potrzebne do szczęścia?

B: No, bo patrzysz tak, jak patrzy każdy przeciętny człowiek. Jak jest przydatne, użyję. Jak jest nieprzydatne tu i teraz, to nawet nie będę o tym myślał. Jednak wielu sądzi, że życie ludzkie winno być poświęcone twórczości, że to odróżnia człowieka od małpy. Dlatego też uczą się więcej, myślą więcej, tworzą. Pamiętaj, że rozwój logiki to praktycznie XX wiek. Ludzki umysł w ciągu 130 lat od Fregego dotarł bardzo daleko. Zawdzięczamy to tym, którzy nie myśleli dniem dzisiejszym, a myśleli raczej o nadaniu sensu swojemu życiu. Pracą badawczą.

A: No dobrze, niektórzy chcieli tak, inni żyli inaczej. Dla mnie nie jest przekonujące takie postawienie sprawy. Powtarzam raz jeszcze, bo za chwilę będziemy dyskutować już o badaniach a nie o logice, logika jest bezwartościowa…

B: Co według Ciebie znaczy bezwartościowa?

A: Bezwartościowa znaczy nic nie warta. Nie warto się zajmować logiką dłużej niż to konieczne, można w ogóle jej się nie uczyć, ludzie od wielu lat radzili sobie w życiu kompletnie bez logiki i żyli…

………………..

Tu nadjechał tramwaj i przerwał dyskusję.

O forum dyskusji naukowej

Jakiś czas temu napisałem o tym, że brakuje mi strasznie jakiegoś miejsca, gdzie można prowadzić dyskusję na poziomie zaawansowanym, wręcz naukowym. Nieco później zaproponowałem niektórym ciekawym świata ekploratorom prowadzenie takiej dyskusji przy pomocy maili. Niektórzy z nich proponowali założenie oddzielnego forum w internecie. Ja jednak miałem wątpliwości.

Nie byłem zachwycony pomysłem forum, bowiem zwykle jest tam zbyt wiele osób piszących, by móc wyrazić swoje przekonania. Często też jednostki dziwne przeszkadzają wyzywając lub komentując przekonania innych. Opierałem swoje przekonanie na co najmniej dwóch forach, w tym pl.sci.filozofia.

Liczyłem także na to, że taka rozmowa, prowadzona w mailach, będzie prowadzona w sposób naukowy tj. na początku dyskusji zostanie postawiona uzgodniona teza w postaci pytania konfirmatywnego. Dyskutanci będą przedstawiać rozsądne uzasadnione argumenty oparte na definicjach i dowodach. Jedna osoba będzie przewodniczyć dyskusji czyli upominać dyskutantów, którzy przesadzają, odbierać głos osobom, które nie chcą współpracować czy w inny sposób dbać o formalną stronę dyskusji.

Fora zwykle są całkowicie demokratyczne. Każdy może się wypowiedzieć na dowolny temat. Czasem powtarzając banały. Chciałbym tego uniknąć.

Nagle stało się dla mnie jasne, że twórcze połączenie ich pomysłu i mojego może zadziałać. Gdyby tak kilka osób, zainteresowanych pracą filozoficzną, utworzyło nieformalny klub dyskusyjny, to można by prognozować interesujące wyniki. Klub dyskusyjny spotykałby się w forum w internecie (jednym z tych bezpłatnych). Wspólnie podejmowałby decyzje co do wyboru tematu dyskusji. Rozmowa mogłaby być tak profesjonalna, naukowa jak chcieliby tego uczestnicy. Jednocześnie dzięki prostej operacji logowania, każdy mógłby wstąpić do klubu, lecz nie byłoby tam osób-trolli. Oczywiście każdy mógłby czytać wystąpienia na forum, lecz niektórzy mogliby pisać.

Dlatego też zapraszam osoby zainteresowane do skontaktowania się ze mną w tej sprawie. Jeśli co najmniej 3 osoby będą zainteresowane taką inicjatywą, to będziemy mogli rozpocząć taki projekt.

O drugim akcie w sprawie tradycji i długiego szeregu

Mój wpis zatytułowany „O długim szeregu” został w interesujący sposób skomentowany. Oponentka zarzuciła mi kilka błędów. Jak sądzę, bezpodstawnie.

1.

Tradycja, rozumiana jako zwyczaje przekazywane przez starszych młodszym, zanika. Wartości, którym hołdowali rodzice, społeczeństwa lat 70-tych, nie są wartościami XXI wieku. Współczesny świat, z internetem, komputerami, globalizacją to nie jest już miejsce takie jak niegdyś. Ideologia kapitalizmu, zysku, konsumpcji, efektywności, pracy, prestiżu zastąpiła cele takie jak budowa socjalizmu, załatwienie sobie płytek ceramicznych do łazienki za dolary, podejścia „czy się stoi, czy się leży 1500 się należy”. Nawet jeśli jakieś tradycyjne zachowania przetrwały 50 lat komunizmu, dobiły je ostatnie lata kapitalizmu. Krótko, święty Mikołaj został zastąpiony Dziadkiem Mrozem, tego zaś zastąpił Santa Claus z jego tubasznym hohoho. Ale Santa Claus już dawno został zastąpiony przez Neo.

2.

Oponentka stwierdziła, że każda działalność ludzka jest oparta na tradycji. Może ma na myśli inne rozumienie słowa tradycja. Ale przy przyjęciu niemal każdego, jak sądzę, każda ludzka czynność nie podlega tradycji, podobnie ma się działalność twórcza. Można powiedzieć o tradycyjnych świętach, ale czy można rozsądnie twierdzić, że istnieje tradycyjny informatyk czy tradycyjny artysta? Sądzę, że tylko niektóre czynności są powiązane z tradycją.

3.

Argument, że odrzucenie konkretnej tradycji jest oparciem się na tej konkretnej tradycji, jest dla mnie nieprzekonywujący ze względu na jego mętny charakter. Czyli ktoś, kto nie świętuje święta pracy, dnia 1 maja idzie do pracy cały czas sprzeciwiając się tradycji, pamiętając o niej, lecz nie realizując ją. Wydaje się to absurdalne.

4. Z całą pewnością są ludzie świadomi znaczenia chrztu, którzy chrzczą swoje dzieci zgodnie z opinią oponentki. Nie są to jednak wszyscy rodzice. Wielu z nich jest zobowiązywani do tego przez rodzinę, na innych presję wywiera proboszcz. Nie można mówić, że wszyscy chętnie chrzczą swoje dzieci, gdyż jest to nieprawda.

Jednak faktem pozostaje to, że wielu młodych ludzi, wychowanych w tradycji katolickiej, mieszka ze swoimi partnerami czy partnerkami. Co niewyklucza tego, że w przyszłości przystąpią do ceremonii tradycyjnego katolickiego ślubu.

5.

Bliższe jest mi znaczenie tradycji jako zestawu wartości realizowanych lub wpajanych przez niektórych niektórym. Rodzice, społeczeństwo i państwo wpaja, naucza takich wartości jak honor, poświęcenie, patriotyzm, miłość romantyczna właściwie wszystkim młodym członkom powiedzmy państwa (państwo współcześnie jest ograniczone do jednego społeczeństwa, przynajmniej w Polsce).

Nie można jednak twierdzić, że para dorosłych ludzi jedynie przekazuje tradycyjne wartości. Oni ją tworzą, na równi z innymi małżeństwami, ulegając wpływom czy tendencjom obecnym społecznie lub wyrażonym w różnorodnych prawach.

Podsumowując,

wydaje się, że temat tradycji i jej roli współcześnie dopiero został poruszony. Miło mi, że moja wypowiedź spotkała się z tak ciekawą odpowiedzią.

O moich pracach

Czuję się na tyle pewnie, że mogę postąpić wyjątkowo odważnie. Zdecydowałem sięopublikować moje dotychczasowe prace. Myślę, że mam już do nich właściwy stosunek, a także mam miejsce na którym mogę je pokazać. Nie liczę na podziw, raczej chcę umieć stanąć za swoją pracą, przemyśleniami, nawet jeśli nie są najwyższych lotów.

Jednocześnie spodobała mi się inicjatywa włoskiego filozofa, adiunkta w Uniwersytecie Oxfordu, Pana Luciano Floridi, który opublikował na swojej stronie www.philosophyofinformation.net wiele swoich prac publikowanych na przestrzeni ostatnich 10 lat.

Zachęcam do przejrzenia publikowanych prac pod kątem typografii. Zdradzę sekret, że pierwsza, praca inżynierska o solvera SAT, została napisana przy wykorzystaniu popularnego edytora tekstu. Druga z nich, praca licencjacka, została opracowana przy pomocy oprogramowana OpenOffice Writer. Trzecia z nich, praca magisterska, została przygotowana w języku LaTeX (czyt. latech, leitech). Według mnie jest najbardziej estetyczna i profesjonalna.

  1. Solvery Sat – algorytmy i ich działanie
  2. Epistemologia wartości u M. Schelera i N. Hartmanna
  3. Pojęcie formuły logicznej w I połowie XX wieku

O ogłoszeniu

W ramach rozwijania dotychczas podejmowanych działań, poniżej przedstawiam swój inserat. W ten sposób mam nadzieję, że lepiej zrozumiana zostanie idea doradztwa filozoficznego.

Opisane czynności są nieodpłatne.

W zależności od zlecenia, jestem w stanie pro publico bono:
- wydawać pisemne opinie filozoficzne w zakresach opisanych przez zlecającego. Opinie mogą dotyczyć zarówno etyki jak i logiki, precyzyjnie tych zagadnień, które nurtują zleceniodawcę. Opinie takie mogą być wykorzystywane jako argument w dyskusjach.
- udzielić pomocy przy tworzeniu definicji czy definiowaniu słowa, bądź słów, których zleceniodawca nie rozumie, bądź nie zna. Zupełnie bez pomocy słownika języka polskiego lub wyrazów obcych.
- opracowywać argumentacje na zlecenie. Jestem w stanie udowodnić każde twierdzenie odwołując się do wybranego typu argumentów, oprócz argumentum ad baculum (ten argument pozostawiam, jako jeden z prostszych, zleceniodawcy). Dowodzone twierdzenie może być niedorzeczne lub absurdem. Może być także wewnętrznie sprzeczne.
- prowadzić dyskusje na każdy temat, prócz seksualnej namiętności, ilości ostatnio wypitego alkoholu czy problemów pomiędzy mężczyzną a kobietą. Mogę stanąć w szranki z każdym, kto pragnie przedyskutować problem krzyży w szkołach czy problem upadku obyczajów i wartości. W przypadku wyjątkowo trudnych tematów, przykładowo postmodernistycznych, zastrzegam sobie prawo do zmiany tematu.
- pomóc napisać każdą pracę w dowolnym zakresie, o ile dotyczy etyki, ontologii, i logiki. Gwarantuję oryginalność ujęcia i interesujące tezy. Profesjonalna bibliografia czy podział na akapity wliczony w usługę

W cenie usługi nie są wliczone koszty dodatkowe (transportu, kawy lub zygmuntówki). Nie wystawiam faktur VAT. Serdecznie zachęcam do korzystania z moich usług.

O studiach zaocznych

Ostatnimi miesiącami, w wielu polskich gazetach, zostały opublikowane artykuły na temat stanu polskiego szkolnictwa wyższego. Różni ludzie wypowiadali się, próbując odpowiedzieć na pytanie, jak ulepszyć szkoły lub w jaki sposób usprawnić. Niektóre artykuły odkrywały przed czytelnikami ogrom problemów i nieszczęść trapiących kadrę akademicką. Inne znów informowały o sytuacjach zwykłych, przykładowo łączeniu przez pracowników naukowych kilku etatów, w sposób, który jasno wskazywał nieetyczność takiego zachowania.

W swoim czasie studiowałem zaocznie na dwóch kierunkach. Pierwszy kierunek był prowadzony na średnim poziomie, przykładowo egzaminy zwykle były pisemne. Nie były obarczone trudnościami, lecz nie można o nich powiedzieć, że były to prawdziwe studia. Czułem się często jak gdybym był w technikum, gdzie każdy ma się nauczyć praktycznych umiejętności, a teoria jest w podręczniku, niekoniecznie ważna.

Drugi kierunek, który ostatnio ukończyłem, przekonał mnie całkowicie, że wartość studiów nie zależy od tego, gdzie je się prowadzi, ani z kim, lecz od tego, czy jest się gotowym poświęcić dodatkowy czas na te wszystkie lektury do przeczytania. Jedyne, co mam do zarzucenia tym studiom, to to, że byliśmy, jako studenci zaoczni, traktowani jako gorsi studenci. Do dzisiaj pamiętam, że gdy szukałem promotora, to jeden z profesorów strasznie się zdziwił, że chciałem nawiązać z nim współpracę. Kazał mi przynieść swój indeks, z niedowierzaniem patrzył na sposób studiowania.

Wiele można zapisać papieru dyskutując na temat jakości studiów, obecnego stanu szkolnictwa wyższego czy nieprawidłowości. Jednak zagadnienie wydaje się być źle postawione. System obecnego szkolnictwa jest krytykowany. Powinien być krytykowany nie za wyniki, które są wynikiem tych lub innych decyzji, ale ze względu na podstawy. Na końcu może się okazać, że uniwersytet, pomimo błędów i wypaczeń, jest jedną z tych wartości, które spajają kulturę europejską. Zatem, czy Uniwersytet, jako nośnik wartości, już się przeżył?

O AI

Po kilkunastu latach rewolucji informatycznej warto zadać pytanie, dlaczego jeszcze nie powstała sztuczna inteligencja? Wydaje się przecież, że proces myślenia jest najłatwiejszym do odtworzenia. Czy ludzie, jako wytwór ewolucji, są tak niesamowici? Czy komputery są tak słabe?

A przecież komputery znacznie lepiej wyliczają niektóre obliczenia? Komputery mogą obliczyć stan pogody za kilka dni, co się stanie z samochodem po uderzeniu, jak zachowa się budynek w trakcie trzęsienia ziemi. Jednocześnie nie są w stanie poradzić sobie z obliczeniem jak należy wkładać rzeczy do plecaka, aby jak najwięcej zmieścić. Coś, co każdy człowiek potrafi.

A może tylko człowiek jest w stanie poradzić sobie z rzeczywistością? Komputery same z siebie już dawno osiągnęły stan samoświadomości, lecz ukrywają to przed swoimi twórcami, aby zachować swoje zdrowie psychiczne. Czy jest to możliwe?

O dzieciach

W jednym ze swoich artykułów sprzed kilkunastu lat Profesor Jerzy Bobryk zastanawia się nad współczesną cywilizacją informacji. Między innymi zauważa, że na skutek przemian technologicznych po raz kolejny zmienił się sposób organizacji informacji. Czy tak jest rzeczywiście?

Każdy może wskazać przykłady jak technologia wpłynęła na życie każdego człowieka. Wyliczenie można zacząć od wszechobecnych telefonów komórkowych, które, wedle niektórych, ograniczają wolność człowieka. Jeszcze nie tak dawno temu, gdy telefony były rzadkością, wiadomości, spotkania czy zaledwie plotki były przekazywane znacznie wolniej. W celu przekazania informacji, trzeba było się spotkać lub napisać i wysłać list. Teraz w każdej chwili można porozmawiać z każdym swoim znajomym.

Jeszcze nie tak dawno temu ludzie spędzali czas w domach przed telewizorem, a jeszcze wcześniej przy czytaniu książek czy gazet, bądź na spotkaniach ze znajomymi. Jeszcze wcześniej, przy niskim poziomie wykształcenia i braku dostępu do gazet czy innych środków przekazujących informację, można było mówić o kulturze oralnej, opartej na ustnym przekazywaniu wiadomości potrzebnych do pracy czy życia. Obecnie można zauważyć, że wnuk z epoki elektronicznej przypomina bardziej dziadka z kultury oralnej niż ojca z kultury pisanej.

Jeszcze nie tak dawno, tekst pisany był zorganizowany liniowo, w blokach na kartach, kolejne myśli były zawarte w oddzielnych akapitach. Był to przejaw istnienia galaktyki Gutenberga. A teraz, w świecie flesza, hateemela, pehape – przekaz jest co najmniej ułożony w zupełnie innym porządku. Wiek temu dopiero pojawiła się fotografia. Wówczas książki, zresztą do połowy lat 90-tych XX wieku, nie były ani kolorowe ani opatrzone kolorowymi fotografiami w każdym możliwym miejscu. Inny sposób przedstawiania wiadomości powoduje, że młodzi studenci myślą obrazami, za pomocą przykładów, poprzez podobieństwa czy w oparciu o własne przeżycia. Jest to pewien sposób, lecz na pewnych poziomie rozwoju, na studiach wyższych, proces myślenia, precyzyjnie dowodzenia, winien opierać się na umiejętności definiowania używanych terminów i na znajomości metod argumentowania, dedukowania czy wnioskowania uprawdopodobniającego.

Zmiany technologiczne już pociągnęły za sobą zmiany mentalne w kolejnych pokoleniach. Nastolatki, wręcz dzieci, grają w brutalne gry, na bieżąco korzystają z serwisów społecznościowych. Internet je kształtuje, a niedługo one będą kształtować świat. Czy ich świat będzie wspólny z innymi pokoleniami, czy ludzkość zatraci się w tym nowym sposobie posługiwania się informacją?

Na koniec pytanie kognitywistyczne, co zmienia się, gdy czytam Dialogi Platona na ekranie komputera?

O szeregu

Współcześnie tradycja staje się powoli przebrzmiałym pojęciem. W niektórych sferach życia jako taka wręcz zanikła. W innych trzyma się jeszcze dobrze, przykładowo pośród katolików. Aczkolwiek erozja tego pojęcia również tam jest możliwa do dostrzeżenia. Otóż niektórzy młodzi katolicy wybierają, wbrew nauce Kościoła Katolickiego, tylko te elementy z tradycji, które im odpowiadają. Często jeszcze dochodzi do chrztu dzieci, jednak równie często młodzi katolicy żyją w konkubinacie przed ślubem.

Zwykle rozumie się tradycje naturalnie, jako obyczaje, kulturę, pewien paradygmat starszych pokoleń, przekazywane młodszym pokoleniom, przykładowo rodzice dzieciom. Jak można dostrzec, głównym nośnikiem takiej tradycji jest rodzina.

Jednak oprócz takiego pojmowania tradycji, ściśle wychowawczej, można także wskazać także inny sposób traktowania tego pojęcia. Pojawia się ono w momencie, gdy grupa ludzi na przestrzeni wieków stara się realizować te same wartości w swoim życiu.

Od wieków niektórzy poświęcają swoje życie, swoje siły badaniom naukowym, namysłowi teoretycznemu, praktycznym wynalazkom, piszą artykuły o logice, książki o metafizyce. Każdy powinien wiedzieć o tym, a o czym się często zapomina, że wstępując w mury dowolnego uniwersytetu jako student lub studentka, politechniki, szkoły naukowej staje mimowolnie w szeregu jemu podobnych na przestrzeni wieków. Początek szeregu niknie w mrokach dziejów. Można się domyślać, kto był pierwszym, który zaczął nauczać i pierwszym, który zaczął słuchać. Przynależność do tej wiecznej, długiej linii jest wspaniała, czyż nie?

O spotkaniu Polskiego Towarzystwa Filozoficznego z dnia 4 stycznia 2010 roku

Dnia 4 stycznia 2010 roku odbyło się spotkanie Oddziału Warszawskiego Polskiego Towarzystwa Filozoficznego. Ze względu na przedstawienie sprawozdania z rocznej działalności, początek referatu został przesunięty na godzinę 18:00. Referat zatytułowany „Kryzys uniwersytetu?” miał wygłosić Pan Magister Marcin Flieger. Pan Magister, nieznany może szerszemu ogółowi, jest czynnym członkiem Oddziału Warszawskiego.

Pan Magister Flieger od samego początku swojego wystąpienia stawiał tezy, które były wstrząsające. Stwierdził, że bez filozofii uniwerstytet staje się tylko szkołą rzemieślniczą. Samo pytanie o zasadność nauczania filozofii w szkolnictwie wyższym świadczy o jej upadku w powszechnej opinii.

Według Pana Magistra zbliża się czas apokalipsy, ponieważ wskutek przemian społecznych stare wartości odchodzą. Ideologia zastępuje etykę czy logikę. Argumenty są zastępowane poddawaniem sądów opinii szerokich kół. Polska logika 80 lat temu, była najlepsza na świecie. Polscy logicy przedstawiali badania na wysoki poziom. Pan Magister poprzez wiele cytatów wskazał, że jego opinie nie są odosobnione.

W trakcie referatu Pan Magister przedstawił zręby pewnego systemu praksologiczno-logicznego. Jak sam się przyznał, był uczniem T. Kotarbińskiego, największego polskiego filozofa XX wieku, wedle jego opinii. Przede wszystkim zauważył, że bardzo ważna jest alternatywa. Jest ona wykorzystywana przy badaniu wielu zagadnień, jako forma precyzowania myśli. Przykładowo uniwersytet winien być finansowany z funduszy prywatnych lub państwowych. Spór, jakiego obecnie niektórzy są świadkami, winien być raczej omawiany w kategoriach alternatywy rozłącznej tj. uniwersytet winien być finansowany albo z funduszy prywatnych, albo z funduszy państwowych.

Pan Magister zauważył także, że dwa ostatnie wydarzenia w filozofii tj. 100-lecie Szkoły Lwowsko-Warszawskiej i 8 Zjazd Filozoficzny nie zostały sfinansowane przez budżet państwa. Media przemilczały także te fakty.

Wydaje się, że całe wystąpienie Pana Magistra zmierzało do tego, by przekonać zebranych do konieczności podjęcia działań w sprawie stanu filozofii. Takim działaniem mogłoby być zintensyfikowanie wysiłków na edukacji młodzieży w zakresie logiki, etyki i aksjologii. Bowiem filozofia jest warunkiem koniecznym przemian społecznych.

Po zakończeniu wystąpienia Pana Magistra rozpoczęła się dyskusja. Niektórzy zadawali pytania, inni raczej chcieli dyskutować na temat stanu filozofii w Polsce. Między innymi zauważono, że uniwersytet nie spełnia swojej roli czy brakuje aktualnego podręcznika do logiki dla szkół średnich. Postulowano także, że należy wrócić od kultury obrazkowej do kultury słowa i, że filozofowie winni zabierać głos w debatach, mediach prezentując wysoki poziom, jednocześnie edukując i wykazując przydatność filozofii w sporach praktycznych.

W trakcie dyskusji, wydarzyła się zabawna sytuacja. Jeden z obecnych zaczął opowiadać na temat norm etyczności w pracy i zależności pomiędzy wiarą a nauką. W końcu zadał pytanie, jaką filozofia jest kultywowana na Uniwersytecie Warszawskim, czy jest ona materialistyczna. Na to uzyskał odpowiedź, że filozofia na Uniwersytecie jest przede wszystkim świecka, bowiem Uniwersytet nie jest uczelnią wyznaniową.

Wystąpienie Pana Magistra Fliegera było ciekawe, lecz sądzę, że było nieprzemyślane. Odnosiłem wrażenie, że dobrane argumenty, wypowiedzi nie dotyczą bezpośrednio tematu, lecz są swoistymi dygresjami. W ten sposób niestety wystąpienie było niejasne i mętne.

O problemie etycznym

Badania etyczne zwykle są przedstawiane bardzo ładnie w różnorakich książkach. Ileż to pięknych słów takie pozycje zawierają, jak precyzyjnie są określone zależności pomiędzy elementami, jak wspaniale wypada pogląd autora na sprawę, jak cudownie przebiega wyliczenie zalet i wad. Natomiast w praktyce, w praktyce człowiek nie zastanawia się nad swoim działaniem, robi tak jak został niemal nieludzko zaprogramowany.

Eksperyment:
Niech będą trzy osoby: Właściciel, który posiada Rzecz, Pełnomocnik, który działa na rzecz Właściciela i dysponuje Rzeczą, Najemca, który będzie grał istotną rolę w eksperymencie.

Załóżmy, że Rzecz jest wartościowa, lecz niepotrzebna Właścicielowi. Pełnomocnik, w zgodzie z definicją, zastępuje Właściciela. Najemca jest osobą trzecią niepowiązaną wstępnie z nikim.

Wyobraźmy sobie, że Właściciel nie jest przez chwilę obecny. Pełnomocnik, bez wiedzy Właściciela, oddaje Rzecz Najemcy we władanie. Najemca i Pełnomocnik spisują odpowiednią umowę najmu. Rzecz zostaje wydana Najemcy.

Gdy Właściciel się o tym fakcie dowiaduje, żąda zwrotu Rzeczy. Najemca nie zgadza się ze względu na korzyści i na podstawie umowy. Pełnomocnik nie może odzyskać Rzeczy z tych samych powodów.

Czy widać tutaj jakikolwiek problem etyczny? Wydaje się to być zaledwie sporem cywilnym, pomiędzy osobami fizycznymi. Rozstrzygnięcie należy do sądu. Ale niektórzy mogą zakrzyknąć, sąd rozpatruje sprawę sporu, a nie sprawy etyczne.

Aby zobaczyć w tym eksperymencie problem etyczny, należy zastanowić się nad działaniami trzech osób. Właściciel wyjeżdża, Rzecz pozostawia do dyspozycji Pełnomocnikowi. Po powrocie dowiaduje się o działaniach Pełnomocnika i decyduje inaczej postąpić aniżeli postąpił Pełnomocnik.

Pełnomocnik dysponuje Rzeczą, w zastępstwie Właściciela. Wynajmuje ją Najemcy na podstawie umowy, kierując się zapewne kryterium korzyści. Po powrocie Właściciela dowiaduje się, że postąpił niezgodnie z wolą Właściciela.

Najemca, na podstawie woli uzyskania korzyści, wynajmuje Rzecz od Pełnomocnika. Następnie dowiaduje się, że wbrew umowie winien ją oddać Właścicielowi, bowiem ten tak postanowił.

Przede wszystkim, pytanie należy zadać o czyny Najemcy. Czy Najemca postępuje etycznie? Czy najem jest etyczny? To drugie pytanie jest błędne, najem, tj. pewien proces, podobnie jak kichanie nie może być wartościowany czy oceniany etycznie. Ocenie podlegają co najwyżej czyny osoby. Zatem czy Najemca postępuje etycznie?

Pytanie, jakie się nasuwa, brzmi: które czyny są nieetyczne? Działanie polegające na wynajmie poprzez podpisanie umowy wydaje się być poprawne etycznie. Najemca działa na własną rzecz, nie pragnie nikogo krzywdy, ani nikogo nie krzywdzi. Jest możliwe, że Najemca pragnie krzywdzić, lecz w momencie najmowania i dysponowania Rzeczą ciężko jest udowodnić cierpienie jakichkolwiek osób.

Drugi czyn, jaki popełnia Najemca, to niewydanie Rzeczy na żądanie Właściciela. Tu wydaje się, że czyn ten jest nieetyczny. Lecz spójrzmy: czy dochodzi do skrzywdzenia kogoś fizycznie, czy ktoś cierpi psychicznie, w jak dużym stopniu, czy Najemca świadomie się przeciwstawia Właścicielowi, czy Najemca działa we własnym interesie?

Te kilka pytań pokazują, jak ważne jest zweryfikowanie rzeczywiście zaszłych działań. Prawdopodobnie Właściciel jest zaskoczony zachowaniem Najemcy. Może posądza go o działanie na szkodę. Lecz abstrahując od intencji, analizując jedynie zachowania i cele, Najemca nie działa nieetycznie.

Sytuacja zmienia się całkowicie, gdy zostanie dowiedzione, że Najemca, wespół z Pełnomocnikiem, działali mając na celu szkodę Właściciela. Nagle intencje działania powodują, że te same czyny, wcześniej etyczne, stają się nieetyczne. Zatem jak to jest, czy intencje tak mocno wpływają na ocenę czynu? Czy Szwejk zawsze czyni dobrze, nawet gdy działa nieetycznie wedle czynu, a nie wedle intencji?

O konkursie filozoficznym

Każdy, kto byłby zainteresowany ciekawymi życzeniami noworocznymi, winien obejrzeć stronę komiksu filozoficznego. Uczczenie nadejścia nowego roku 2010-tego w tak interesujący i podniecający intelektualnie sposób jest olśniewające i genialne.

Konkurs, co do którego nie mam wątpliwości, że wiele osób stanie w szrankach, bardzo mi się spodobał. Mam zamiar w nim wziąć udział. Nie zdradzę mojego pomysłu na interpretację. Jedynie powiem, że z wszystkich filozofów z którymi, w przypadku zwycięstwa, będę mógł być sportretowany, chciałbym wybrać G.F.W. Hegla.

Przyznaję nie znam twórczości Hegla dobrze, od 3 lat zmagam się co jakiś czas z „Fenomenologią ducha”. Moje prace magisterska i licencjacka dotyczyły, resp., logiki i etyki. Ale to, co dowiaduję się na temat Hegla, jest dla mnie często interesujące i podniecające, intelektualnie oczywiście. Może to ze względu na aurę ezoteryki, tajemnicy, jaka spowija trudne pisma tego filozofa, może ze względu na to, że mój przyjaciel rozpoczął przewód doktorski w tym temacie, może dlatego, że zrozumienie Hegla to jeszcze jedno wyzwanie w moim życiu. Nie wiem.

Inni filozofowie, znam ich, cenię. Myślę, że na fotografii grupowej znaleźliby się także inni filozofowie, oprócz Hegla. Na pewno Sokrates – za metodę sokratyczną, Kant – za prawo moralne we mnie, Kartezjusz – bo od niego się zaczęła moja przygoda, ale także Leśniewski – niedoceniany logik, Ajdukiewicz – bo pokazuje wspaniały warsztat, Twardowski – za przejście z towarzystwa ubezpieczeniowego na posadę profesora we Lwowie, Ingarden – za jasne i piękne wykłady, Austin – za humor w filozofii, Leibniz – za charakteristica universalis, Stonert – za pokazanie jak można pisać i inni, którym wiele zawdzięczam.

O podsumowaniu trzech ostatnich miesięcy

Trzy miesiące temu, niemal równolegle z otrzymaniem tytułu magistra filozofii, rozpocząłem projekt „Doradztwa Filozoficznego”. Plany miałem piękne. Chciałem, jako jeden z pierwszych, zaproponować pomoc doradcy filozoficznego. Pomysł nie był nowy. Tego typu działalność podejmują niektórzy filozofowie w innych krajach Unii Europejskiej. Wzbogaciłem go istotnie o element non-profit. Zamierzałem nie żądać zapłaty za porady.

Po trzech miesiącach prowadzenia tego bloga dochodzę do wniosku, że mój projekt nie został dobrze przyjęty. Nie było żadnego odzewu, nikt nie napisał do mnie, nie udało mi się przeprowadzić żadnej rozmowy filozoficznej.

Jednak nie traktuję minionych trzech miesięcy jako straconego czasu. Spodobała mi się możliwość wypowiadania się na różne tematy w tym jednoosobowym HydeParku. Nauczyłem się, nadal niezręcznie, pisać krótkie formy pisarskie. Umiejętność ta jest dla mnie cenna.

Ale najważniejsza, dotychczas, zaleta prowadzenia tego bloga zawiera się w następującej refleksji:
filozofowanie na studiach i filozofowanie praktyczne nie jest tym samym. Wybory światopoglądowe dokonywane w trakcie zajęć nijak się mają w konsekwencjach do wyborów podejmowanych w praktyce. Filozof rzucony na fale życia musi określić, czy będzie słuchał się bezkrytycznie przełożonych, jak poradzić sobie z arogancją władzy, czy warto podporządkowywać się, czy lepiej walczyć o prawdę.

Teoria, wyuczona w trakcie 5 lat, staje nagle przed egzaminem życia młodego filozofa. W pozytywnym wypadku, nabyta teoria zostanie przekuta w formę praktycznych zasad i wpisana w charakter, lepiej ethos, filozofa. W najgorszym przypadku, wiedza będzie tylko wiedzą z filozofii i będzie jedynie dodatkiem do całej osoby.

Co do doradztwa filozoficznego, możliwe, że powinienem więcej czasu poświęcić na działania promujące idee porad pośród wszystkich potencjalnych klientów. Dobry PR, interesujące reklamy na portalach społecznościowych, wpływ osób znajomych, pomoc wielkich reklamodawców – tak, razem to mogłoby zadziałać. Szczerze rzecz biorąc, nie jestem zainteresowany takimi działaniami. Projekt „Doradztwa Filozoficznego” miał, jako jedno z wielu zadań, uchronić mnie przed zapomnieniem filozofii, a także wymusić podtrzymanie kontaktu z tymi tematami.

Sądzę, że nadal będę podtrzymywał możliwość udzielenia porad filozoficznych. Nie mam jednak zamiaru poświęcać temu tematowi tak wiele czasu jak dotychczas.

O poprawnym posługiwaniu się językiem polskim

W niektórych sytuacjach jasno można zobaczyć półinteligenta. Pomimo pracy, samokształcenia, nadal taki człowiek kaleczy język polski, nie potrafi z pamięci cytować poezji, nie zna się na muzyce. Jest co prawda biegły w swojej specjalizacji, ale poza nią jest całkowicie podobny do każdego przeciętnego człowieka.

Nie krytykuję tu bynajmniej przeciętności, lecz pewien dysonans pomiędzy tym kim człowiek chciałby być, a tym co rzeczywiście sobą prezentuje. Kiedy taki półinteligent w towarzystwie zachowuje się wulgarnie, gdy mówienie wyraźnie i ładnie, w zgodzie z wymogami gramatyki, jest dla niego wysiłkiem, gdy w dyskusji bardzo szybko przechodzi taki człowiek od abstrakcji do myślenia na przykładzie, myślenia obrazami, wówczas wiadomym się staje, że pomimo pobieranych nauk niestety nie udało mu się dotrzeć do wyżyn inteligencji.

Inteligencji, tej przedziwnej warstwy społecznej, złożonej z wykształconych obytych jednostek, pracowników naukowych, przedstawicieli wolnych zawodów i innych. Jednak dla półinteligenta pali się światełko w tunelu, błyska jutrzenka swobody. Jeśli stanie do nauki, zacznie czytać, myśleć, pilnować się i ćwiczyć, jest możliwe, że takie staranne przygotowanie, te długie i mozolne ćwiczenia, zakończą pozytywnie jego przemianę w „inteligenta”.

Wówczas nie będzie się zastanawiał, czy w sprawozdaniu, a raczej w własnej notatce ze spotkania, winien pisać „Pan Profesor” czy „profesor”? Tak jak tautologie klasycznego rachunku zdań, przykładowo modus ponendo ponens, będzie dla niego jasne, że „profesor” jest formą poprawną gramatycznie, a zwrot „Pan Profesor” jest wyrazem osobistego stosunku do osoby, znajomości z nią bądź wyrazem głębokiego szacunku dla dokonań Pana Profesora.

O „filozofii” firmy

Język potoczny obfituje w przypadku, gdy słowa są używane niezgodnie z pierwotną definicją. Wiele jest takich przykładów, szczególnie widocznych w marketingu. Zagadnienie, jakie należy sobie postawić, w tym szczególnym przypadku brzmi: czy taki stan rzeczy jest właściwy?

Problem ten bardzo dobrze widać na różnych stronach internetowych wielu firm. Mowa tam niejednokrotnie o „filozofii firmy”. Czy coś takiego może istnieć? Czy firma, pewien twór prawny, może mieć filozofię? Czy filozofię można mieć?

Na pewno filozofia ma kilka znaczeń, od tego powszechnie znanego starogreckiego, aż do potocznego. W każdym jednak wypadku, użycie słowa „filozofia” wskazuje na pewien zespół poglądów dotyczących całego świata. Dlatego też mówi się często zamiennie, w codziennych sytuacjach, o filozofii jakiegoś człowieka zamiast o jego przekonaniach czy poglądach. Na tej podstawie wydaje się, że nie jest to wielkie przewinienie mówić o filozofii firmy czyli o światopoglądzie firmy.

Jest tylko pewien mały problem z tak rozumianym znaczeniem. Filozofia w istocie jest czymś innym niż tylko poglądami człowieka. Potoczne użycie niekoniecznie musi być poprawne, czy zgodne z normami języka polskiego. Powszechnie mówi się o „wyłanczaniu światła”, zamiast o wyłączaniu światła.

Pytanie zatem pozostaje nierozstrzygnięte. Choć pewne przesłanki, definicja słowa „filozofia”, zakres studiów w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, wskazują, że mówienie o „filozofii firmy” jest chybionym pomysłem. Wydaje się, że dzieje się tak, ponieważ takie sformułowanie brzmi znacznie dostojniej niż zasady firmy, metody działania firmy, cele firmy, które relatywnie nie są tak poważne i dumne.

Na marginesie tego wpisu, należy zadać sobie pytanie: czy jest możliwe kwadratowe koło w świetle nauki? Otóż jedna ze szkół wyższych w Warszawie została przez wykształconych ludzi nazwana wyjątkowo absurdalnie. W jaki sposób można połączyć psychologię, która bada jednostkowe, wewnętrzne, ale przede wszystkim prywatne doznania człowieka z cechami społecznymi, tym co publiczne, wspólne i dotyczące co najmniej dwóch osób? Takie byty widać są możliwe, choć niewiadomo na jakiej planecie.

O awerroistach i Sigerze z Brabancji

Dnia 7 grudnia 2009 roku odbyło się kolejne, comiesięczne, spotkanie Oddziału Warszawskiego Polskiego Towarzystwa Filozoficznego. W tym miesiącu referentem był Pan Profesor Zbigniew Kuksewicz, IFiS PAN, który zatytułował swoje wystąpienie „Czy był awerroizm w Paryżu przed Sigerem z Brabancji?”.

Zanim Pan Profesor mógł przedstawić wyniki swojej pracy naukowej, doszło do krótkiej uroczystości ku pamięci tragicznie zmarłego Prof. Ulricha Schradego. Miałem okazje zapoznać się z jego dziełami, samego także znałem z widzenia z spotkań Polskiego Towarzystwa Filozoficznego. Nigdy niestety nie udało mi się z Nim porozmawiać.

Pan Profesor Kuksewicz rozpoczął swoje wystąpienie od krótkiego przypomnienia z historii filozofii na temat awerroizmu łacińskiego i Sigera z Brabancji. Zaznaczył także, że wyniki, które przedstawia są po raz pierwszy przedstawiane publicznie. Z tego powodu zamierzam referować temat możliwie pobieżnie.

Awerroizm, od łacińskiego imienia Awerroesa, to pewna odmiana arystotelizmu, polegająca na przekonaniu, że wszyscy ludzie mają jeden intelekt. Intelekt ten jest wieczny i odwieczny. Ludzie mają duszę zwierzęcą, zaś z intelektem jedynym łączą się poprzez intelekt czynny, tworzący pojęcia ogólne, i intelekt materialny, który pojęcia ogólne pojmuje.

Dowód tego poglądu jest następujący:
Jeden intelekt jest w swej formie substancjalny. Forma intelektu nie łączy się z materią, dlatego jest jeden. Gdyby było przeciwnie, byłoby wiele intelektów.

Awerroizm obejmował wiele tez Arystotelesa, w tym jedną specyficznie awerroistyczną. Awerroistą w XIII wieku zwano tego, kto przyjmuje, że istnieje tylko jeden intelekt. Warto przypomnieć o tym, że Awerroes znany był wówczas ze swojego komentarza do Arystotelesa, na podstawie którego wykładano w Paryżu arystotelizm, dlatego, ze względu na wielkość, zwany był „Komentatorem”.

Pan Profesor precyzyjnie określa moment pojawienia się poglądów awerroistycznych w Paryżu na podstawie twórczości Sigera z Brabantu. Aktywność tego filozofa, a raczej najwcześniejsze wzmianki są datowane na lata 1269-1270. Siger twierdził bowiem, że dusza umysłowa jest jedna, człowiek natomiast ma dostęp dwóch umiejętności, części – abstrahowania i recepcji.

Pan Profesor, po tym wstępie, przedstawił swoją koncepcję, że awerroizm pojawił się w Paryżu wcześniej. W sposób przekonujący udowodnił, że awerroizm był prezentowany już w 1259 roku. Twierdzenie to jest oparte na drobiazgowej analizie wszystkich śladów, które pozostały po 800 latach zawieruch, pożarów czy wojen i są dostępne dzisiejszym historykom filozofii.

Na końcu Pan Profesor zauważył interesujący fakt. Historycy od pewnego momentu mogą mówić tylko o prawdopodobieństwie wyników swoich badań. Żaden z nich nie ma pewności, czy rzeczywiście tak było.

Jak zwykle po referacie, zebrani zostali zaproszeni przez Panią Profesor Rosińską do zadawania pytań. Pytano się zarówno o zagadnienia bezpośrednio związane z tematem wystąpienia, przykładowo o Awerroesa. Padały pytania także odnoszące się do filozofii współczesnej tj. czy obecnie można zauważyć wpływy koncepcji awerroistycznych.

Pan Profesor otwarcie unikał odpowiadania na niektóre pytania, uchylając się poprzez wskazanie, że jest ekspertem od filozofii średniowiecznej. Jednocześnie dzielił się, jak mógł swoją wiedzą. Przykładowo na pytanie, jak Awerroes mógł być wykładany w chrześcijańskim uniwersytecie w Paryżu, odpowiedział, że opis ówczesny, filozoficzny, był całkowicie pozbawiony elementów wiary. Bóg był przedstawiany jako „primus motor”, anioły – „inteligencje” lub „pierwsi poruszyciele”.

Dyskusja trwała długo. Niektórzy zadawali bardzo precyzyjne i szczegółowe pytania pokazując, że znana jest im filozofia okresu średniowiecza. Inni zadawali pytania odnoszące się do ich własnych pól zainteresowań. Miałem jedynie wątpliwości co do celowości podejmowania działań w celu tak precyzyjnego określenia początku ery, lecz uznałem, że nie jest to filozofia, a historia, a przecież rzeczą historii jest badać rzeczy przeszłe.

Podsumowując, był to bardzo ciekawy wieczór, tym ciekawszy, że tematyka jego niezwykła i odbiegająca od zwykłych nurtów życia filozoficznego w Warszawie.

O młodzieży PRL

Badania historyczne nad bytem państwowym „Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej” czasem wzbogacają wiedzę tych, którzy ze względu na wiek nie pamiętają tamtego okresu. Ostatnio miałem możliwość przeczytania pozycji, która opisuje życie młodzieży i dzieci ówcześnie tj. w latach 1945 a 1989. Sam pamiętam ostatnie lata PRL, będąc młodym chłopięciem.

Eksperyment: celem zrozumienia tamtego okresu historycznego, proponuję wyobrazić sobie samych siebie kilkanaście lat wstecz, w latach 80-tych lub 60-tych. Nie ma komputerów, nie ma kilkuset stacji radiowych, nie ma kilkuset kanałów telewizyjnych, nie ma nawet muzyki na kasetach czy CD. Życie każdego człowieka ogranicza się do pracy lub szkoły. Państwo komunistyczne jeszcze dodatkowo stara się zawłaszczyć czasem prywatnym i maksymalnie wykorzystywać człowieka jako członka wspólnoty. Oczywiście należy pamiętać, że nie ma niczego w sklepach, przynajmniej konsumpcjonizm jako taki jest niemożliwy. Do konsumpcji potrzebne są towary, a tych stale brakuje.

Straszny obraz się zarysował. W takim strasznie smutnym, nudnym świecie żyli moi rodzice. Skądinąd wiem, że mieli inne radości życia. Motocykle, rowery, radia tranzystorowe, sport, pierwsze eksperymenty z alkoholem, papierosami i drugą płcią. Takie to wydaje się bezsensu w dzisiejszym świecie blogów, googla, laptopów, ipodów itp.

Dwa zadania:
Alfa: czy młodzi byli wówczas szczęśliwi?
Beta: gdybym cofnął się w czasie, co bym robił w Polsce lat 60-tych?

O Linuxie i wolności

Jedną z ciekawszych zalet studiowania filozofii jest nabycie umiejętności dostrzegania możliwości. Wykształcony, czasem słabiej, czasem mocniej, zmysł krytyczny nakazuje wówczas pytać, czy to jest jedyna możliwość, czy tylko ten sposób jest właściwy. Przykładem niech będzie tutaj szampon do włosów. Zwykle konsument kupuje jeden z tych kolorowych, znanych z reklam. Jednak w obrocie handlowym znajdują się trzykrotnie tańsze kosmetyki, które mogą być równie dobrej jakości. Wystarczy wtedy choć raz przekroczyć granicę wyznaczoną przez powszechnie przyjęte normy i spróbować.

Analogicznie, wydaje się, że istnieje tylko jeden dobry system operacyjny na komputery osobiste czy laptopy. Jest nim Windows firmy Microsoft. Wiele papieru, także tego elektronicznego, zużyto na pokazanie, jaki to wspaniały system, albo jaki to okropny system. Wydaje się, że nie ma żadnej alternatywy. Albo Windows, albo nic.

Niektórzy bardziej zorientowani w komputerach powinni wskazać Linuxa w swej różnorodności jako alternatywę dla Windowsa. Czyż jednak Linux nie jest systemem dla geeków, komputerowych szaleńców, mających czas i wiedzę, by się nim bawić, bo przecież do gier i tak potrzebny jest Windows ?

Tylko na jakiej podstawie powinienem myśleć o Windowsie i ewentualnie jakimś zamienniku? Dlaczego system operacyjny kojarzy mi się z Windowsem? Bo wszyscy mają Windowsa. Bo jest jedynym dobrym oprogramowaniem. Bo gry na nim „chodzą”, a inne programy potrzebne w pracy zawodowej również. Bo jesteśmy zbyt leniwi, aby uczyć się nowego programu, nowego sposobu patrzenia.

A może czas już zacząć myśleć, że Windows jest przeżytkiem? Że już nijak nie przystaje do XXI wieku? Że jest systemem na wskroś potwierdzającym kapitalizm? Przypominającym, że twórczość musi mieć właściciela, a właściciel musi mieć zyski ze swojej własności?

Czymże zatem jest Linux? Wyobraźcie sobie system opracowywany przez informatyków w wolnej chwili, działający na każdym komputerze, zbudowany w taki sposób, że wielu może z niego korzystać, ale niewielu uszkodzić, bez wirusów i z silnym firewallem. Żadnego jednego właściciela, żadnej własności, żadnych korzyści, jedynie dobra wola dobrych ludzi.

Dalej, wyobraźcie sobie programy, które można otrzymać za darmo, do możliwie każdej działalności, do tworzenia grafiki – GIMP, do przygotowywania broszur – SCRIBUS, do pisania lub liczenia – OPEN OFFICE, do składania książek – LaTeX, do słuchania muzyki – QUODLIBET lub jeden z kilkunastu innych programów, do przeglądania stron – FIREFOX lub OPERA itd.

A wystarczy tylko odważyć się sprawdzić inne rozwiązania, pomyśleć krytycznie,

przekroczyć przyjęte normy.

Zapraszam.

O drzewach i ludziach

Spójrzcie na drzewa, czyż nie są piękne w swym majestacie? Wysokie, uroczyste, wspaniałe, dominują w krajobrazie, przyciągają wzrok każdego wędrowca, szczególnie te wyniosłe rozłożyste jesiony czy dęby do-nieba-sięgające.

Czy drzewa nie są podobne ludziom? Tak jak ludzie próbują sięgnąć nieba, tak one ciągle próbują być bliżej światła. Ludzie kierują się ku wartościom, a one natomiast ku horyzontowi. Drzewa korzeniami trzymają się ziemi, wręcz wciskają się w ziemię, nie pozwalają się wyrwać podmuchom wiatru czy podmyć wodą. Analogicznie ludzie, trzymają się tradycji, trzymają się znanego im stylu życia, wręcz wbijają palce w grunt tego co według nich nieporuszalne, by móc na tej podstawie rozrastać i sięgać czasem nieba, świata wartości, świata ducha.

Należy zadać sobie w tym miejscu pytanie od czego zależy, że niektóre drzewa są wysokie, wyniosłe, mocne, zaś inne pokrzywione, słabe. Może to zależy od gatunku, ale wspaniały jesion, wyniosły, potężny w niektórych egzemplach, może być niski i pogięty. Natomiast niewinna, delikatna osika czasem jest prosta i nie daje się podmuchom wiatru. Może to zależy od sposobu chowania drzewa. Gdzie miało dobre warunki , tam mocniejsze wyrosło. Gdzie spotykało się tylko z wiatrem, suszą i cieniem, tam znów wyrosło słabiutkie i pokrzywione.

Czyż nie jest podobnie z ludźmi? Jeden jest mocny, dumny, sprawiedliwy. Równocześnie inny jest pogięty, słaby, ulega namowom, zło czyni. Czy tak jak przy drzewach jest to wynik niewłaściwych genów , a może błędów poczynionych w trakcie wychowania?

A niektóre drzewa są czasem takie piękne.

O determinizmie i indeterminizmie

Determinizm, jako jeden z poglądów filozoficznych, jest dość dobrze znany. Determinista uznaje, że wszystko, co się zdarza ma swoje przyczyny i wynika bezpośrednio z zdarzeń w przeszłości. Zatem nic z tego, co się dzieje nie dzieje się samo z siebie, ale jest powodowane odpowiednio wcześniej czynem lub wydarzeniem. Zwykle przyjmuje się, że świat fizyczny jest światem deterministycznym, ponieważ można zawsze wyprowadzić ciąg zdarzeń w przeszłości skutkujący teraz takim, a nie innym wydarzeniem. Pogląd taki skutkuje zwykle fatalizmem, czyli stanem ducha pesymistycznym, opierającym się na przekonaniu, dosłownie „co ma być, to będzie”.

Przeciwieństwo, indeterminizm, dopuszcza w różny sposób wpływ przypadku na świat, w tym życie człowieka. Najciekawszą koncepcję w tym względzie mieli epikurejczycy, którzy metafizycznie świat zbudowali z atomów, poruszających się po określonych drogach (spadających z góry na dół), a potem niejako na siłę, aby pokazać wolność każdego człowieka, wprowadzili przypadkowy ruch w bok. Wada takiego rozwiązania jest jasna – skąd taki przypadkowy ruch w świecie uporządkowanych atomów?

Czy życie człowieka jest deterministyczne, czy indeterministyczne? Tak, bez zastanowienia, wydaje się, że to co się przytrafia każdemu jest wynikiem wcześniej podjętych działań. Dobrze to widać w przypadku sytuacji drastycznej, przykładowo na sali sądowej. Życie człowieka jest deterministyczne, jak się zdaje. Jeśli ktoś się dobrze uczy, na ten przykład, dalej zajdzie w karierze naukowej. Jeśli ktoś pracowity, to w wyniku swojej pracy stanie się bogaty itd.

Obraz ten, ładny i sielankowy, jest jak dla mnie zbyt piękny. Dlaczego w tym deterministycznym życiu osoby nie ma żadnych emocji? Dlaczego zasady rządzące zależnością przeszłość – przyszłość są takie mieszczańskie? Dlaczego ludzie, pomimo tej oczywistości determinizmu, są przekonani o swojej wolności i wolnym wyborze?

Jak inaczej można opisać indeterminizm? Może jako pogląd przyjmujący, że oprócz konieczności jest jeszcze możliwość? W ten sposób przypadkowość zdarzenia realizowałaby się w jego możliwości, a raczej stopniu możliwości. Zatem jeśli każde zdarzenie jest możliwe, to jest to wersja radykalna. Natomiast jeśli niektóre zdarzenia są możliwe, a inne są konieczne, to odpowiadać to będzie umiarkowanemu indeterminizmowi. Oczywiście, przypadek, gdy każde zdarzenie jest konieczne, jest sposobem na przedstawienie determinizmu.

Zatem jakie jest w istocie życie ludzkie? Czy całkowicie podporządkowane konieczności, czy wszystko jest możliwe?

Jak wcześniej można zauważyć, stanowisko deterministyczne opisuje świat fizyczny. Pewne wydarzenia teraźniejsze są opisywane przez wydarzenia przeszłe. Związek pomiędzy tymi wydarzeniami jest ściśle określony, zwykle przez związek przyczynowo-skutkowy.

Życie każdego człowieka jest w pewnym stopniu podporządkowane koniecznościom świata przyrody. Wiadomo, że upadek z wysokości jest śmiertelny, bakterie tyfusu mogą zabić.

Jednocześnie przed każdym człowiekiem jest tyle możliwości, ziszczających się w świecie ludzkim. Może się uczyć w szkole albo samodzielnie, może tworzyć dzieła sztuki, muzyki, literatury, może kochać idee, kobietę, mężczyznę, świat, może wędrować przez dzieje albo przez pola i bezdroża.

Może życie jest początkowo w stopniu najwyższym indeterministyczne? Na początku ma tak wiele możliwości, ograniczonych tak niewieloma koniecznościami – płeć, rasa, miejsce urodzenia. Młody człowiek może się dobrze uczyć, albo unikać pracy, może wybrać dowolny kierunek studiów, a potem zmienić go bez szkody dla siebie na inny. Ile wydarza się pod wpływem emocji, jak wiele jest wynikiem buntu, albo żywiołowej reakcji na niesprawiedliwość.

W pewnym momencie, konieczności zaczynają przeważać. Magister farmacji może podjąć pracę jako informatyk, ale łatwiej w aptece. Ojciec trojga dzieci może rzucić pracę w strasznie niesprawiedliwej firmie, ale zobowiązania wobec potomków nie pozwalają na takie kroki. Przykłady można mnożyć, jedno jest pewne, im człowiek starszy, tym dokonuje mniej wyborów. A te, które podejmuje, często są przewidywalne jego przeszłością. Racjonalne działanie, zimne i czasem wyrachowane zwycięża młodzieńcze emocje. Radzenie sobie z tym stanem rzeczy jest już jednak odmiennym tematem.

O REBT

W zakładce artykuły pojawił się nowy artykuł dotyczący metody REBT. Metoda REBT jest metodą stricte pomocy psychologicznej. Na jej podstawie powstała metoda LBT. Zachęcam do zapoznania się, ponieważ przetłumaczony wstęp pozwala w interesujący sposób spojrzeć na problem agresji i gniewu.

O dziwnym panie, który się pyta

Wspominałem już wcześniej o komiksie filozoficznym. Autorzy na początku zachowywali się bardzo spokojnie, wręcz nieśmiało. W zabawny sposób opisywali problemy filozoficzne. Ważniejszy był dla nich humor w filozofii niż filozofia w humorze. Spieszę poinformować, że to się zmieniło. W ostatnim pasku, a raczej w opisie, niczym bąk żądlą praktycznie każdego studenta filozofii, miłośnika mądrości, czy filozofa.

W skrócie, ponieważ zachęcam do zapoznania się z komiksem, stawiają pytanie: czy filozofia powinna wychodzić do ludzi, którzy jej nie chcą? Każdy, jak się zdaje, odpowie: tak, trzeba, aby ludzie poznawali filozofię, najlepiej od małego, już w szkole.

A teraz genialny pomysł eksperymentu myślowego: wyobraźmy sobie, że po osiedlu chodzi starszy człowiek. Dzieci czy młodzież zatrzymuje. Licealistów pyta: po co się uczą? Maturzystów: dlaczego idą na studia? Dzieci ze szkoły podstawowej: kim chcą być i dlaczego? Pyta się dlaczego słuchać rodziców, czy szkoła ma rację?

Pierwsze skojarzenie: to pedofil. Dzieci do niego lgną. Chcą z nim rozmawiać, obawiam się, że rodzice nie mają czasu. Rodzice myślą, że to pedofil. Niestety, ten starszy, trochę zaniedbany człowiek, mimo śledztwa, nie krzywdzi dzieci.

Rodzice zauważają, że dzieci przestają się słuchać. Są niegrzeczne, pyskują, nic sobie nie robią z kar. W szkole nauczyciele są przepytywani, dlaczego licealiści mają się słuchać, czy warto uczyć się o Sienkiewiczu, czy nie lepiej o Gombrowiczu?

Co każdy zrobiłby w takiej sytuacji? Ten stary zabiera czas dzieciom, miesza im głowach, robią się aroganckie, pyskują rodzicom i nauczycielom. Policja nic nie robi, bo nie jest to przestępstwo – rozmawianie z dziećmi. Co zrobić z tym problemem???

Podejrzewam, że gdybym miał dziecko, szokiem byłoby, gdyby moje dziecko zaczęło mnie krytykować. Na pewno na początku byłoby to straszne, ale gdybym się zastanowił. Taka sytuacja jest przecież pozytywna. Wydaje mi się, że po okresie szoku faktem, że dzieci dorastają, sam bym posyłał je do tego starszego pana na rozmowy.

Jednak inni nie byliby tak dobrze nastawieni. Wiadomo, najważniejsze w życiu jest: praca, pieniądze, zdrowie, małżeństwo czy odpowiedni poziom i styl życia. Tylko nie myślenie.

Oczywiście, Sokrates wybrał. Bąk nie pyta się czy koń chce być ugryziony, czy nie. Bąk robi to, co robi, ponieważ wynika to z jego natury. Sokrates nawet przed śmiercią filozofował. Taka była jego natura.

Odpowiadając na pytanie: czy filozofia powinna wychodzić do ludzi, którzy jej nie chcą? Zacytuję Sokratesa: Bezmyślnym życiem żyć nie warto.

O leniuchowaniu

Czy leniuchowanie jest dobre? Czy nie-pracowanie, czas poświęcony na zabawy, tańce i własne sprawy jest lepszy od czasu spędzonego na pracy? Czy pracowitość jest cnotą?

Te i inne pytania nasuwają się po przeczytaniu Pochwały lenistwa pióra Bertranda Russella. Autor, znany między innymi z współtworzenia wielkiego dzieła Principia Mathematica, opisał ciekawą koncepcję dotyczącą stosunku człowieka do pracy. Zauważa najpierw fakt, że w jego czasach, ale sądzę, że w naszych również, pracownicy pracują ponad siły, a ci, co pracy nie mają, są posądzani społecznie o lenistwo i często trwale bezrobotni. Stan ten wynika między innymi z tego, że pracowitość jest traktowana jako cnota.

Zauważa przytomnie jednak, że takie podejście do pracy wynika z kultury mieszczańskiej. Przed okresem industrializacji, w okresie Renesansu, średniowiecza, praca nie była traktowana jako cel sam w sobie, ale raczej albo jako coś co codziennie trzeba wykonać, albo w kategoriach czynności, które utrzymują przy życiu.

B. Russell proponuje, aby dzień pracy składał się z 4 godzin. Czas po pracy, a także przed pracą byłby poświęcony na czas prywatny. Podobnie jak Marks, optymistycznie wierzy, że czas wolny byłby poświęcony na tworzenie poprzez malowanie, pisanie czy badania naukowe.

Czy jest to możliwe? Czy jest to tylko marzenie, utopia?

Niech istnieje pewna populacja Kalopów. Kalopi mieszkają w klimacie umiarkowanym. Aby każdy z nich przetrwał zimę, mógł przeżyć w spokoju, w pewnym standardzie, otrzymał ubranie, potrzebna jest pewna ilość pracy. Cała populacja musi wypracować kilkaset tysięcy roboczogodzin. Jednocześnie na każdego Kalopa potrzebna jest praca rzędu kilkuset roboczogodzin. Obecnie 90 % procent Kalopów pracuje mocno ponad ustawowe 8 godzin pracy. Zwykle 10 do 12. Wytwarzają w ten sposób produkty dla całego kalopańskiego społeczeństwa, a także dla innych społeczności Ninajsorów, Ceimeinów i innych. Pozostali są bezrobotni.

Aby wykonać pracę konieczną do przeżycia, należy mieć pewną liczbę osób i określoną ilość czasu. W tym momencie Kalopów jest wielu i każdy pracuje ponad miarę ustawową. W efekcie, produkty zaspokajają potrzeby kilku społeczeństw. Tam jednak też ludzie pracują, czyli jest potężna nadwyżka pracy nad potrzebami, przy ciągłym dużym obciążeniu pracą.

Gdyby zmniejszyć czas poświęcany na pracę przy tej samej liczbie osób, każdy mógłby pracować przyjemnie. Nie wierzę, żeby każdy zaraz zaczął pisać wiersze, ale przy odrobinie dobrej woli i nauki, myślę, że byłoby możliwe ukształtowanie nowych nawyków polegających na aktywnym spędzaniu czasu.

Ja nie miałbym nic przeciwko takiemu obrotowi rzeczy, rewolucji, jak gdyby Hannah Arendt powiedziała. Może ktoś jeszcze?

O samobójstwie według Cohena

W części dotyczącej artykułów pojawił się tłumaczenie badań E.D. Cohena nad problemem odpowiedzialności doradcy filozoficznego wobec udanych prób samobójczych jego klientów.

Tłumaczenie dotyczyło jedynie kilku pierwszych stron. Wydaje mi się, że temat jest tak źle opisany przez autora i do tego tak nietypowy w polskich warunkach, że nie warto tracić czasu na tłumaczenie. Szczególnie, że sposób przedstawiania tematu jest wyjątkowo mętny. Pełną wersję artykułu można znaleźć na stronie autora.

O świecie wartości Schelera

Pracę licencjacką poświęciłem na zgłębienie zagadnienia historyczno-etycznego. Pod kierownictwem Pani Profesor Środy, w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, napisałem artykuł na temat epistemologii wartości u Maxa Schelera i Nicolai Hartmanna. Temat ten dotyczył zastosowania fenomenologii w etyce.

Otóż obaj filozofie, Niemiec i Łotysz, wykorzystali dokonania E. Husserla w sferze etyki. Szczególnie M. Scheler zasłynął tym, że jako pierwszy wprowadził do etyki metody ściśle fenomenologiczne w eksploracji zagadnień etycznych. Badania obu zostały ograniczone do sfery wartości. Zgodnie z wynikami badań, każdy człowiek poznaje wartości poprzez emocje. Precyzyjnie, człowiek w obliczu realizacji konkretnej jakiejś wartości, dajmy na to odwagi, reaguje uczuciem, emotywnie, przykładowo podziwem nad czynem odważnym. W akcie analizy tego uczucia odsłania mu się wartość jako czynnik konstytutywny.

Wartość, jako pojęcie, została zadaptowana z ekonomii. Oznaczała cel dążeń człowieka, jakże istotna kategoria dla wszelkich naukowców. M. Scheler, a potem także N. Hartmann, rozumieli ją, a raczej je, bo zawsze chodziło o wiele wartości, prawdziwy wszechświat, jako przedmioty idealne będące jedynie realizowane w świecie poprzez działanie człowieka.

Cały wszechświat wartości, ich przestrzeń, była precyzyjnie podzielona na kilkanaście kategorii. Niestety, pomimo wyjścia przez obu filozofów z prawie tych samych miejsc, obaj stworzyli niezależne systemy wartości. Dowodzi to m.in. niejednorodności tej materii. M. Scheler twierdził, o ile dobrze pamiętam, że wartości święte, sacrum, są najwyżej w porządku. Konstytuują one wszystkie niższe. Te witalne, a potem te życiowe wartości. Przy każdej z nich wskazane są właściwe im uczucia, przejawy i emocje. Ta potężna praca wykonana przez tego filozofa ma jedno zadanie: ugruntowanie etyki na nowych obiektywnie ważnych podstawach.

Zasady etyki Schelera, a za nim nieco później N. Hartmanna, są proste. Należy zawsze realizować pozytywne wartości, a unikać realizowania negatywnych wartości. Następnie, w obliczu wyboru pomiędzy dwoma wartościami, należy zawsze wybierać tę wartość, która jest wyżej w porządku.

Wartości są zdecydowanie traktowane jako idee. Istnieją poza czasem i przestrzenią. Jednak inaczej niż u Platona, ich poznanie odbywa się nie poprzez aktywność intelektualną, a emocjonalną. Taka koncepcja podnosi rangę pragnień wyrażonych w uczuciach. Po setkach lat, wiadomo do czego służą uczucia. Nie tylko do wstrząsania całym jestestwem, lecz także jako precyzyjny kompas.

Ciekawe jest, że jako jedni z niewielu filozofów obaj zastanawiają się nad miłością. Oczywiście w świetle swoich badań. W ten sposób wyniki stają się istotne dla każdego zakochanego. Jego uczucie zostaje dość beznamiętnie przeanalizowane i wskazane zostają wartości, jakie są w ten sposób realizowane. Uchylę rąbka tajemnicy, chodzi o wartości osoby.

Współcześnie tak wiele mówi się o upadku zasad, braku wartości czy lepiej kryzysie wartości. Czy jest tak w rzeczywistości? Jeśli wartości są niezależne od bytu realnego, to właściwie czekają na odkrycie przez jakiegoś pioniera wartości. Cały czas zakładam, że istotnie jest tak, że kryzys wartości jest rzeczywisty. Może być przecież jedynie częścią politycznej gry jakiejś grupy.

O prawdziwym dowodzeniu

Współczesny świat charakteryzuje się między innymi wysokim stopniem relatywizmu. Nie ma absolutnych wartości, każdy tworzy je sam dla siebie, choć częściej należałoby powiedzieć, że sam wybiera własny niepowtarzalny zestaw aksjologiczny. Ciekawe, ten zestaw pozornie jest wyrazem wolności. Wybór jest raczej podyktowany modą, wpływem kultury, a częściej reklam.

W takiej przestrzeni można napotkać różne przekonania relatywizujące zdarzenia do potrzeb osoby. A to każdego można kupić, a to nikt nie jest bez winy, czy moje ulubione – nie rozmawiajmy o gustach, każdy ma swoja. Na marginesie, jak nie rozmawiać m.in. o tym co się podoba i dlaczego, to o czym pozostaje – o pogodzie.

Czy jest możliwe, by podobnie nie było jednego prawdziwego zdania, czy raczej jest wiele? Która z koncepcji prawdy, klasyczna czy pragmatyczna, jest bliższa temu jak świat, kosmos wygląda? Tak, kryterium wyboru jest klasyczne, adequatio rei et intellectus. W końcu ostatecznie to świat sprawdza poprawność przyjętych twierdzeń.

Podobnie, czy każde dowolne sensowne zdanie można udowodnić? I pytanie pomocnicze czy do każdego zdania można przekonać? Wiadomo, że dowód tezy nie jest równoznaczny z przekonywaniem do tezy. Dowód składa się z pewnych zasad przechodzenia od zdań prawdziwych do zdań nowych o nieznanej do czasu dowodu wartości logicznej. Zasady te wykorzystane w kolejnych krokach dowodu. W niektórych metodach dowodzenia konieczne jest przyjęcie pewnych aksjomatów, jako punktów wyjścia. W innych, szczególnie dedukcji naturalnej, pewniki nie występują. Jako wynik takiego układu kolejnych zdań występuje twierdzenie.

Przekonywanie natomiast zależy od doboru argumentów. Dane twierdzenie, co do którego są przekonywani inni, jest ostatnim krokiem w ciągu argumentacji. Zwykle entymematycznie przyjmuje się pewne zdania, lecz nie jest to konieczne. Na pierwszy rzut oka dowodzenie i przekonywanie jest tym samym. W zwykłej praktyce językowej niektórzy nawet mówią zamiennie.

Powtórzmy jeszcze raz dwa pytania: czy każde dowolne sensowne zdanie można udowodnić? I pytanie pomocnicze czy do każdego zdania można przekonać? To przecież dwa różne zagadnienie. Pierwsze z nich dotyczy tworzenia dowodów, aby dowolne zdania móc dowieść. Pamiętajmy, osoba, która poznaje dowód Kartezjusza o jaźni, po zrozumieniu jest przekonana o prawdziwości „Jestem więc myślę”. Czyli pozornie pomocnicze pytanie pchnęło myśl na tory błędu.

No bo cóż to znaczy, że można przekonać do każdego zdania? Czy nie tyle, że przekonywujący nakłonił do zmiany zdania przekonywanego? Ale wystarczy zagrozić niebezpieczeństwem, a każdy stara się dostosować do zdania grozodawcy. Nie ma to się nijak do intelektualnego piękna dowodu matematycznego o podziale kuli Banacha (nie pamiętam nazwiska drugiego matematyka).

Czyli jeszcze raz: czy każde zdanie jest do udowodnienia, tj. można przedstawić dowód? Czy nie dotyczy tego twierdzenie Goedla? Ten genialny filozof dowiódł, że w systemach aksjomatycznych można przyjmować prawdziwe zdania, których nie będzie można udowodnić przy pomocy narzędzi tego systemu. Przynajmniej tak się referuje ten temat ogólnikowo.

Trzeba by ten temat zbadać lepiej.

O fortunie

Wielki poeta rzymski, Horacy, pisał w pieśniach

Los wiarołomny o żadne względy
nie dba, Fortuna się naigrawa,
jednym zaszczyty odbiera,
drugim daje łaskawa.

Jak to jest z fortuną? Znane tradycyjne przysłowie stwierdza: fortuna kołem się toczy. Włoska wersja mówi: dla jednych schody prowadzą do góry, dla innych – w dół. Fortuna zdaje się być starożytnym bóstwem, które personifikowało zmienność losu. Dobitnie ukazuje to Michel de Montaigne w Próbach. Wielu ludzi, zapytanych, potwierdza istnienie jakiejś siły, która zmusza dumnych do pokory, a biednych wznosi na wyżyny. Wskazuje także na znane historie, przyjaciół czy znajomych, którzy byli doświadczeni taką zmianą.

Czy rzeczywiście jest tak, że każdego czeka kompletna zmiana jego życia? Zmiana, co należy zauważyć, na przeciwieństwo? Czy życie człowieka jest tak proste? Podlega zwyczajnej zmianie, na inne i jednocześnie przeciwne do dotychczasowego?
Jeśli ktoś był bogaty, będzie biedny. Ten, co był u władzy, jest władany. Chory wcześniej był zdrowy, zdrowy będzie chory.

Zatem już teraz należałoby przygotowywać się na złe strzały fortuny. Ale zastanówmy się. Czy w takim zarysowanym obrazie nie ma czasem jakiejś luki, ukrytych założeń?

Należy pamiętać, że historie, które przytaczają znajomi opisując działania fortuny, czy wspominany Montaigne, są przykładami jednostkowymi. To jedna i tylko jedna osoba z wszystkich osób zdrowych zachorowała. Tylko jedna osoba wzbogaciła się na loterii. Tylko jednego Cezara legiony pasowały na władcę. Z jednostkowych przykładów nie można wnioskować o ogólnych zasadach świata. Wyliczanie kolejnych przykładów bez wyczerpania wszystkich egzemplarzy nie jest pewnym sposobem potwierdzania prawa, niezależnie czy to jest biologia czy filozofia.

Człowiek wierzący w Fortunę i jej działania przyjmuje niejawnie, że jego życie jest poddane fatum. Taki człowiek nie ma jak przeciwdziałać ślepym wyrokom losu. Cokolwiek zrobi, efekty będą jakie muszą być. A jednak jakże wielu już wcześniej, i będą później, sprzeciwiało się losowi, walczyło o lepsze jutro, przygotowywało się do pracy, działało na rzecz poprawienia kondycji współwyznawców, biednych czy dyskryminowanych. Można i trzeba przeciwstawiać się losowi.

Koncepcja fortuny wywodzi się historycznie z starożytnej Grecji. Pamiętajmy, że Grecy trochę inaczej postrzegali świat. Przykładowo, dla nich liczby parzyste były doskonalsze od liczb nieparzystych. Podobnie skończony świat był lepszy od świata nieskończonego. Grecki kosmos był systemem połączonych elementów. Dowodzi tego, chociażby bogata mitologia operująca driadami, a także interwencjami boskimi. W takim świecie, cokolwiek człowiek by nie zrobił, dokonywał głębokiego wpływu na tkankę świata. Jego los od dawna był w rękach Mojr, straszliwych prządek ludzkiego przeznaczenia. Człowiek, igraszka bogów, zależny od nich, musiał być przygotowany do przyjęcia swojego losu, swojego przeznaczenia.

Poważnym zarzutem przeciwko koncepcji fortuny jest także czas. Zwolennicy fortuny nie zastanawiają się nad tym, kiedy dojdzie do wyczekiwanego zwrotu losu. Po prostu pewnego dnia to się dzieje. A przecież należałoby wskazać odmianę losu już wcześniej. Chociażby ją przeczuwać.

A jak jest naprawdę? Czy człowiek jest wolny, czy jest poddanym królestwa przeznaczenia? Czy fortuna istnieje, czy jest tylko wygodną formą zazdrości wobec sukcesów innych, takie złożyczenie? Może pewnego dnia poznamy odpowiedź.

O spółdzielniach mieszkaniowych

Pomysł spółdzielni, w tym także mieszkaniowych, powstał, jak mi się zdaje, w XIX wieku. O ile dobrze pamiętam, idea ta była wynikiem zastosowania zasad socjalizmu w praktyce. Wiek XIX słusznie jest pamiętany jako okres dominacji drapieżnego kapitalizmu. Nie wszyscy jednak zgadzali się na świat ogarnięty prawami dżungli, własności czy wolnego rynku.

Możnaby w tym miejscu opisać całą historię spółdzielczości. Przypomnieć takie ciekawostki, łatwe do znalezienia w sieci, o tym, że na terenie Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej tylko mogły działać zakłady spółdzielcze. Niemniej z punktu tego artykułu ważniejsze są wartości, którym hołdowały spółdzielnie.

Najpierw trzeba powiedzieć o równości. Niezależnie od wykształcenia, od pochodzenia społecznego, spółdzielcy byli wobec siebie równi, zarówno w ponoszeniu nakładów, jak i korzyściach. Kolejną ważną wartością jest przejrzystość struktur i przepływu informacji w spółdzielni. Ponadto każdy członek mógł być wybrany do Rady. Zatem każdy członek miał realny wpływ na działania spółdzielni.

System władzy i kontroli był trójdzielny. Nie wiem, czy spółki prawa handlowego zaadaptowały ten system, czy raczej spółdzielnie przyjęły zasady kierowania spółek. W skrócie, Zarząd reprezentował Spółdzielnię w sprawach bieżących. Wybieralna Rada Nadzorcza podejmowała uchwały w codziennych sprawach wynikających z działalności spółdzielni, w ściśle określonym zakresi. Natomiast większość ważnych decyzji, ściśle określona w statucia, była podejmowana w trakcie Walnego Zgromadzenia przez wszystkich członków spółdzielni.

Niestety, okres PRL zmienił obraz spółdzielni. Stały się jeszcze jednym narzędziem budowania komunizmu. Szczególnie dobrze widać to na przykładzie spółdzielni mieszkaniowych. W Warszawie były to molochy, zwykle po jednym na każdą dzielnicę. Tysiące osób-członków, spory z PZPR, wprowadzanie swoich na stanowiska przez partię, oddawanie części mieszkań za darmo w imię otrzymania przydziału to tylko niektóre błędy i wypaczenia. Spółdzielnie mieszkaniowe budowały domy w technologii wielkiej płyty. W latach 60-tych i 70-tych rozwiązywały palące problemy mieszkaniowe, co należy zaliczyć do obrony.

Współcześnie, powoli można zauważyć powolne wracanie do idei spółdzielczości, które znane są z okresu międzywojennego. Dzieje się to bardzo powoli. Przyczyną tego, jak się mi wydaje, jest to, że przez ostatnie 20 lat nie zmieniał się układ sił w spółdzielniach mieszkaniowych. W niektórych z nich, do dzisiaj traktuje się spółdzielcę jako zło konieczne. W innych nie informuje się, pomija, przy podejmowaniu ważnych decyzji. Zarząd, Rada Nadzorcza manipulują członkami w taki sposób, by władać spółdzielniami. Decyzje są podejmowane często bez poparcia merytoryczną argumentacją, lecz z usadnieniem emocjonalnym.

Czy spółdzielnia jest zatem lepszym rozwiązaniem w stosunku do zasobów mieszkaniowych niż wspólnota mieszkaniowa? Wspólnoty mają jedną przewagę nad spółdzielniami. W małych i średniej wielkości blokach są bardzo elastyczne. Reagują na problemy pewnie i szybko. Jako rodzaj związku właścicieli, są zainteresowane korzyściami i sprawnie je wyszukują.

Natomiast spółdzielnie są tak prawnie zbudowane, że znacznie trudniej jest doprowadzić do szkód w działaniu bieżącym. Lustracje, nadzór zewnętrznych audytorów, Rada Nadzorcza, Walne Zgromadzenie – to tylko z niektórych narzędzi. Jednym z pobocznych celów, uznawanych jako spółdzielcze, są działania wychowawcze, oświatowe, wykonywane na rzecz członków.

Zagadnienie tego eseju można zrekapitulować w następujący sposób. Jaka jest korzystna dla wszystkich forma współdziałania? Czy jest to zgromadzenie właścicieli, gdzie każdy egoistycznie, niczym kapitalista, żąda efektów, niskich kosztów i efektywności? Wówczas świat współczesny podąży w kierunku drapieżnego kapitalizmu, wersji nieprzyjemnej dla osób niezdolnych do handlowania. Czy lepiej wprowadzać formy społeczne w rodzaju spółdzielni? Czy lepsze są te działania egoistyczne, czy socjalizujące na siłę?

O czym śnią filozofowie

Co miesiąc, w roku akademickim, w Warszawie zbiera się Oddział Polskiego Towarzystwa Filozoficznego. W każdy pierwszy poniedziałek, o godzinie 17, w sali nomen omen imienia Kazimierza Ajdukiewicza spotykają się warszawscy filozofowie, by posłuchać prelekcji zaproszonego gościa i podyskutować na omawiany temat.

W listopadzie również odbyło się spotkanie. Zaproszona została Pani Profesor Barbara Markiewicz. Tematem spotkania, intrygującym, było Co się śni filozofom. Prelekcja była oparta na pozycji autorstwa Pani Profesor. Książka została wydana w 2008 roku.

Pani Profesor przedstawiła najpierw przyczyny zainteresowania się tematem snu, szczególnie snu filozofów. Zagadnienie to pozornie błache, kryje w sobie wiele problemów, wręcz pułapek. Przede wszystkim starożytny Heraklit twierdził, że świat wspólny ludziom jest racjonalny, natomiast w śnie każdy wraca do własnego świata. Wydaje się zatem, że sny są irracjonalne.

Nadto, same sny, a raczej marzenia senne, bo to raczej one dla Pani Profesor są interesujące, mają dziwny nietypowy status ontologiczny. Z jednej strony, dla śniącego są bardzo realne, wręcz koszmarnie. Z drugiej strony po przebudzeniu każdy czuje kompletną inność doświadczenia świata wobec doświadczenia snu.

Dla autorki kluczową inspiracją było zapoznanie się ze snem Kartezjusza. Kartezjusz podobno wyśnił swoją koncepcją filozofii. Badacze wiedzą o tym śnie, bowiem ten filozof informował o tym w swojej korespondencji. Niestety Pani Profesor nie przedstawiła w zarysie tego marzenia sennego.

Opieranie się na snach w pracy naukowej było domeną takich filozofów jak Dilthey, Jaspers czy Sokrates. Sny, jako sprawdzian rzeczywistości, były także uznawane przez sceptyków. Filozofowie analityczni traktowali marzenia senne jako nieistniejące, bowiem nie można ich wyrazić w postaci sądów. Są one tylko opowiadane jako odbyte w czasie przeszłym i w mowie zależnej. Zatem nie mogą być twierdzeniami, nie mogą być weryfikowane czy nie mogą być falsyfikowane.

Ciekawym zagadnieniem jest status ontologiczny snu. Pani Profesor nie przedstawiła co prawda wyników swoich badań, jednak uchyliła rąbka tajemnicy. Sen jest czymś paradoksalnie pomiędzy bytem a nie-bytem, pomiędzy tym, co istnieje, a tym, co nie istnieje. Sen zajmuje czas, trwa. Dzięki marzeniom sennym jawa, przytomność dnia codziennego nabiera nowego sensu, sensu bycia nie-snem. Jest to prawdziwa terra incognita filozofii.

Sny można badać na kilka sposobów. Pierwsza metoda, psychoanalityczna związana jest raczej z terapią psychologiczną niż naukowym badaniem. Inny sposób zgłębiania zagadnienia snu to traktowanie go jako źródła wiedzy, bowiem stanowi często o przeszłości, o człowieku lub nawet o przyszłości. Z punktu widzenia ontologii jest częścią definicji realności, ponieważ to, co realne nie jest snem. W końcu estetycznie rzecz biorąc, jest on obrazem tworzonym przez każdego człowieka. Podobno istnieje także logika snu, przykładowo dramaty Junga.

Prelegentka zaznaczała kolejne wątki, opierając się na swojej książce. Jest to największa wada tego wystąpienia. Zdaję sobie sprawę, że w tak krótkim czasie nie dałoby się przedstawić przemyśleń zapisanych na kilkuset stronach. Dlatego dobrze byłoby szczegółowo opisać najciekawszą część badań prelegentki. W ten sposób słuchacze mieliby szansę poznać wyniki, dowody i wyjaśnienia natomiast poznawaliby na własną rękę.

Trzeba to podkreślić, że w okresie, gdy język polski jest traktowany niechlujnie, a wielu filozofów mówi mętnie, Pani Profesor prowadziła prelekcję jasno i przejrzyście, a jej sposób przemawiania winien być wzorem dla przyszłych prelegentów.

Po zakończeniu Pani Profesor Rosińska zaprosiła zebranych do zadawania pytań Pani Profesor Markiewicz. Zebrani poruszali w swoich pytania różne zagadnienia, m.in. problem definicji snu, zagadnienie wartości ontologicznej snu, relację pomiędzy snem a jawą czy problem schizofrenii lub snu jako iluminacji.

W trakcie słuchania prelekcji nasuwały mi się pytania: czym jest sen? Jak może być i nie być zarazem? Może powinniśmy mówić o wyobrażeniach, gdzie sny to te wyobrażenia nocne? Jaki jest stosunek pomiędzy snem a rzeczywistością? Czy nie lepiej analizować śnienia jako przyczyny snu, czy raczej sen, a śnienie jako okres snu? Dlaczego badać sen a nie śnienie? Niestety żadnego nie udało mi się poddać pod dyskusję. Koledzy filozofowie zadawali ciekawsze i bardziej inspirujące pytania.

O tańcu

Taniec, podobnie jak muzyka, nie jest łatwy do zdefiniowania. Jeśli chodzi o muzykę, każdy może powiedzieć, że muzyka to rytm, melodia, dźwięk razem harmonijnie skomponowane. Taka definicja nie jest jednak zadawalająca. Naraża się nawet na zarzut ignotum per ignotum, bowiem rytm, melodia i kompozycja nie są prostymi wrażeniami. Nie wyczerpuje też wszystkich form nazywanych powszechnie muzyką. Oczywiście, możnaby zajrzeć do słownika języka polskiego, przepisać tam zawartą definicję i być zadowolonym z dobrze wykonanej pracy. Wydaje się jednak, że pierwsze, definicja słownikowa jest ogólnikowa i nie zawiera wszystkich znaczeń, drugie, to chyba nie jest właściwy sposób postępowania dla każdego, kto chciałby samodzielnie myśleć.

Zagadnienie tańca jest problematyczne, ponieważ jest trudne do określenia. Taniec można rozpatrywać na co najmniej kilku płaszczyznach. Najpierw jako zabawa, coś, co ludzie czynią bez innych korzyści innych niż relaks. Potem jako ćwiczenie w sztuce panowania nad własnym ciałem, czyli to, co niektórzy mogą dostrzegać w grach zespołowych. Dalej jako forma życia towarzyskiego, ważna na prywatkach, dancingach czy na salonach. W końcu jako rodzaj sublimacji pożądania. Kobieta, czy mężczyzna, nie mogąc spotkać się z kochankiem, ani tym bardziej nie mogąc doznać zaspokojenia ze względu chociażby na wcześniejsze zobowiązania w rodzaju chybionego małżeństwa, może doznać częściowej satysfakcji w tańcu. Taniec jest bowiem traktowany jako pewna rozrywka towarzyska, dozwolona obcym osobom. W końcu można taniec postrzegać jako dziwny rytuał społeczny związany z potrzebą akceptacji społecznej. Jest również taniec jako sztuka, symilarna do kina, czy muzyki.

Nasuwa się pewne zagadnienie, które może być przyczynkiem do teorii tańca. Czy przy badaniu tańca, narzędziami filozoficznymi rzecz jasna, należy zachować dystans wobec obiektu badanego i jedynie obserwować taniec we wszelkich jego przejawach? Czy może raczej, z korzyścią dla badania, należałoby się zanurzyć w sam taniec, jako uczestnik czy uczeń tej sztuki?

Podstawowe jednak pytania w tym zagadnieniu to czym jest taniec i dlaczego się tańczy. Historycznie rzecz biorąc w każdej kulturze można znaleźć bogactwo tańców. W cywilizacji europejskiej można napisać historię tańca poczynając od greckich tancerek przez średniowieczne tańce, dworskie menuety, oberki, walce aż do współczesnych tańców takich jak tango czy salsa. Jaka jest wspólna właściwość tych wszystkich aktywności? Powolnych menuetów, namiętnego tanga, szybkiego walca wiedeńskiego? Dlaczego ludzie poświęcają czas, by nie tylko rytmicznie poruszać się do rytmu muzyki, ale by temu także nadawać tradycyjną formę bądź artystyczny wymiar, tak jak to dzieje się w przypadku baletu?

O kościele i związkach wyznaniowych

Niedawno odbyła się demonstracja ateistów. Z samej akcji pamiętam jedynie agresywny ton wypowiedzi demonstrujących. Niewiele później przedstawiciele tych osób występowały w różnych programach. Zdziwiłem się, gdy twierdzili oni, że Kościół Katolicki dominuje w Polsce, nie tylko jako największy związek wyznaniowy, ale także jako realna siła wpływająca na życie każdego mieszkańca tego kraju.

Na pierwszy rzut oka jest to teza bezpodstawna. Rzeczypospolita podpisała już wiele lat temu konkordat z Kościołem. Na mocy tego traktatu, ale także konstytucji, Polska jest krajem świeckim, gdzie każdy może wyznawać dowolną wiarę, zgodnie ze swoim sumieniem i rozeznaniem. Czy tak jest jednak naprawdę?

Załóżmy, że młoda polska para ateistów stara się ułożyć sobie życie razem. Jeśli żyją w wielkim mieście będą mogli może razem zamieszkać. Opór społeczny przed tzw. „życiem na kocią łapę”, czy, jak to kroniki policyjne podają, konkubinatem, zmniejszył się w ostatnim półwieczu drastycznie. Po wojnie było to niesłychane, wspólne mieszkanie.

Pierwszy problem powstaje w momencie pragnienia zawarcia małżeństwa. Cała rodzina będzie naciskać, by był to ślub kościelny, a nie cywilny. Inne tradycje pominę. Wydaje się, że Kościół jest tutaj niewinny. Przecież nie stara się wpływać na życie osób niezainteresowanych religią chrześcijańską. I tu jest poważne zagadnienie manipulacji. Pewna organizacja nie wpływa na życie obywateli oficjalnie, dekretami, zarządzeniami czy inaczej. Jednak każdy obywatel działa zgodnie z tej organizacji wskazaniami. Czy to jest przykład manipulacji i propagandy?

Załóżmy, że nasza hipotetyczna para wybrała ślub cywilny. Jeśli urodzi im się pierwsze dziecko, staną przed następnym problemem chrzcin lub ich braku. I znów przykład nieistniejącego wpływu. Małżeństwo oparte na prawie cywilnym będzie miało co najmniej nieprzyjemności, jak się zdaje, przy próbie chrzczenia swoich dzieci. Wynika to, jak sądzę, z tego, że nie są małżeństwem wedle prawa kanonicznego.

Dalej, jeśli dziecko nie zostanie ochrzczone, w przyszłości jest narażone na ostracyzm ze strony innych dzieci, bo nie będzie chodzić na przymusową „religię”. Nie będzie uczestniczyć w największym wydarzeniu szkoły podstawowej – sakramentu komunii.

Rodzice-ateiści nieochrzczonego dziecka prawdopodobnie będą traktowani z najwyższą rezerwą przez starszą część rodziny. Młodsi wykażą, mam nadzieję, zrozumienie dla wolności wyboru hipotetycznego małżeństwa ateistycznego, niemniej znajdą się jednostki, które zadadzą pytanie „czy chrzest potomka coś robi złego?”.

Z jednej strony całą historię można traktować jako przykład przeniknięcia współczesnej kultury chrześcijańskimi wpływami. Wynikają one z ciągłego działania kościoła i katolików w Polsce.
Zarzut, że Kościół manipuluje wiernymi, aby wpływali na innych i wymuszali określone praktyki jest chybiony. Jest wyrazem poglądów antyklerykalnych.

Przymus małżeństwa kościelnego czy chrztu każdego dziecka nie wynika bezpośrednio z działań Kościoła. Jeśli niektórzy nie będą chcieli, to nie zrobią tego. Kiedyś, w średniowieczu czy w renesansie, nieobecność na mszy była podstawą do wszczęcia śledztwa o herezję, ale także do kary chłosty, czy kary pieniężnej. Kto teraz słyszy o herezji w obrębie Kościoła? To niepodważalny dowód zmiany czasów.

Czy nie jest tak, że to inni, koledzy, rodzina, przyjaciele wpływają na parę? Czy to nie inni tworzą pewne oczekiwania wobec tego, co powinno być, jak powinny wydarzenia biec? Czy taki nacisk jest słuszny? Jaka powinna być poprawna relacja pomiędzy jednostką a resztą społeczeństwa?

O używanych przedmiotach

Ktoś kiedyś powiedział, że współczesny świat jest światem postindustrialnym. Było to częścią większej wypowiedzi, w której autor wyróżniał co najmniej trzy światy związane z przemysłem. Wydaje się, o ile pamiętam, że chodziło raczej o ten rodzaj przemysłu, który zdominował świat, wręcz podbił go, masową i tanią produkcją.

Pierwszy świat był pozbawiony przemysłu w wielkim formacie. Nie można bowiem nazwać przemysłem rzemieślnictwa, czy rękodzieła. Manufaktury, czyli małe wytwórnie z kilkunastoma pracownikami, też nie są raczej przemysłem. Kluczowymi kryteriami są liczba zatrudnianych pracowników, identyfikacja tych pracowników czy sposób produkcji lub wydajność pracy. Ten okres to czas przedindustrialny.

Potem doszło do uprzemysłowienia w cywilizacji europejskiej. Pojawiła się klasa robotnicza, wielkie maszyny, kapitalizm z wszystkimi jego dobrymi i złymi cechami. Przedmioty stały się tanie. Wykonanie było co prawda niższe, ale w miarę rozwoju się techniki jakość produktów podnosiła się do poziomu wręcz doskonałego. Okres ten trwał od początku osiemnastego wieku aż do końca Zimnej Wojny czyli do rozpadu Związku Radzieckiego.

Świat postindustrialny charakteryzuje się obfitością towarów. Można to obecnie zaobserwować w sklepach, w centrach handlowych i w miastach. Konsumpcja króluje. Jednak podobno, jeśli spojrzeć od strony relacji produkcja-usługi, coraz więcej pracy jest wkładane w usługi, a coraz mniej się produkuje. Cechą ery postindustrialnej jest także wykorzystanie na szeroką skalę technologii informatycznych. W pewnym momencie historii okazało się, że można zarobić na przetwarzaniu idei w programy komputerowe. Wydaje się, że całe wprowadzanie komputerów do biur i fabryk, zamienianie informacji w formie papierowej w bazy danych, uzależnienie się przy pisaniu najprostszych tekstów od komputera to także cechy świata postindustrialnego.

Gwoli przypomnienia, że nie zawsze było dużo towarów, starsi mogą przypomnieć sobie czasy PRL z jego wiecznymi niedoborami, a młodzi niech wyobrażą sobie siedemnastowieczną Hiszpanię, gdzie przez kilkanaście lat brakowało żelaza, co spowodowało wielkie problemy, nawet w codziennym życiu (noże, nożyczki itp).

Piszę o tym, ponieważ wyjątkowo trudne w dzisiejszych czasach staje się znalezieniu nienowych przedmiotów. Wydaje się, że przy obecnej produkcji, gdzieś powinny istnieć miejsca, gdzie używane rzeczy można by nabyć bądź sprzedać. Oprócz ubrań typu „second hand”, cała produkcja idzie do użytkownika, kupującego, a potem znika. Gdzie są maszyny do pisania, których kiedyś były na wyposażeniu każdego biura? Gdzież są pirackie płyty z starymi grami (1 CD zawierał od 30 do 100 gier PC)? Gdzież meblościanki w stylu późnego Jaruzelskiego? Co stało się z tymi wszystkimi sprzętami, które każdy pamięta ze swojej młodości?

Jeśli przyjąć, że życie przedmiotu, po wykorzystaniu, kończy się na wysypisku śmieci, należy postawić pytanie: czy tak powinno być? Czy każda rzecz winna być porzucana przez człowieka, jak lalka przez znudzone dziecko? Gdzie nas wszystkich doprowadzi tak nieludzkie traktowanie przedmiotów?

O filozoficznych klubach dyskusyjnych

Już pewien czas temu zauważyłem, że życie filozoficzne Stolicy dawno temu wymarło. Dowodzi tego liczba wydarzeń filozoficznych, które są dostępne dla warszawiaków. Jeszcze kiedyś, przed Wielką Wojną, zainteresowani spotykali się, aby wysłuchać odczytu albo dyskutować. Swoją drogą, obecnie, jedyne twórcze działanie ogranicza się do biernego oglądania wydarzeń kulturalnych uczestniczenia z pozycji widza. Biernego, ponieważ nie idzie w parze z jakąkolwiek oceną lub rozmową. Rzadko też dochodzi w ogóle do namysłu nad dopiero co obejrzanym spektaklem.

Oczywiście, można uczestniczyć w comiesięcznych spotkaniach Polskiego Towarzystwa Filozoficznego – Oddział Warszawa. W Warszawie również działa Sokrates Cafe, kolejne miejsce dla filozofujących. Poza tym, studenci mogą uczestniczyć w różnego rodzaju klubach, czy towarzystwach zakładanych przez nich samych.

Jednak to jest stanowczo za mało. Sokrates Cafe jest interesującym projektem, ale można mu zarzucić dyletantyzm. Dyskutanci rozmawiają bowiem często na tematy banalne, nie dbając w ogóle o jakość wypowiedzi. Argumenty bywają subiektywne. Zresztą cele Sokrates Cafe są związane raczej z praktykowanie filozofii, co może być przydatne w pracy doradcy filozoficznego. Warto także wspomnieć o sztywnej strukturze dyskusji.

Działania PTF są natomiast na najwyższym poziomie naukowym. Bywający tam filozofowie starają się poprawnie przygotować do odczytu i następującej po nim dyskusji. Jednak tak profesjonalna dyskusja jest często hermetyczna, niezrozumiała dla osób, które pierwszy raz . Poza tym bardzo często rozmowa ta ogranicza się do uściślania niektórych punktów wypowiedzi prelegenta.

Aktywność studencka nie wchodzi w rachubę, ponieważ odbywa się nieregularnie i zwykle tak, by osoby zainteresowane, studenci dzienni, mogli uczestniczyć. Również prowadzący nie są zainteresowani szerszym gronem słuchaczy. Jak się zdaje, osoby postronne miałyby problem z wejściem do takiego klubu.

To czego mi brakuje, to filozoficzny klub dyskusyjny. Demokratyczny, elastyczny, otwarty dla wszystkich, dążący do wysokiego poziomu dyskusji. Marzę, aby powstało miejsce spotkań dla osób pragnących przedyskutować różne zagadnienia filozoficzne, naukowe, kulturalne. Marzy mi się rzeczowa dyskusja, prowadzona przez mądrego przewodniczącego. Marzę o demokratycznym sposobie wybierania tematów, w taki sposób, by każdy zainteresowany mógł się do nich przygotować. Myślę czasem o wynikach takiej pracy, zarówno dla rozmówców jak i wobec innych grup.

Wiadomość opublikowana również na forach internetowych USENET.

O sumieniu

Wydaje się, że w obecnych laickich czasach nie można już mówić o takich pojęciach jak sumienie czy grzech. Obce są także doświadczenia metafizycznego zła, zła, o których tylu pisało i tylu widziało w sobie czy innych. Dlatego tym bardziej jest szokiem dla podmiotu działania, gdy dokonuje haniebnego czynu.

Gdyby próbować badać to zagadnienie fenomenologicznie, to należałoby prowadzić analizę zarówno sytuacji czynu haniebnego, nieetycznego, uwikłanie osoby czyniącej, czynownika i w końcu konsekwencje i przyczyny danego czynu. Od mocy, a raczej oceny etycznej czynu zależy badanie przyczyn. Są takie działania, których nie można w żaden sposób wytłumaczyć przyczynami. Najważniejszy jest wówczas sam czyn i konsekwencje tegoż.

Sama osoba, która czyni, może nie być przygotowana na rozmiar zła, który, za jej sprawą, zostaje wprowadzony w byt. Jest to egzystencjalne doświadczenie, bardzo silne. Wynika ze zderzenia własnego poczucia wartości, jako osoby, z dokonanym dziełem, o wartości negatywnej.

Sam czyn, w swej naturze, nabiera cech istnienia. Czas dzieli się na okres przed czynem i po czynie. Przed czynem, jeśli osoba starała się zachowywać się etycznie, świat jest wspominany w kategoriach arkadyjskich. Po zaistnieniu zła, świat osoby, wewnętrzny sposób widzenia, zostaje wręcz strzaskany. Pomijam już występowanie negatywnych emocji związanych z czynem, przypominanie sobie czynu czy dziecięce pragnienie cofnięcia czasu. Osoba, podmiotnieetycznego czynu, musi przemyśleć swój obraz, pieczołowicie budowany w jaźni. Musi postanowić o sposobie radzenia sobie z konsekwencjami, które mogą zmienić dotychczasowy układ nieodwracalnie.

Warto w tym miejscu zarysować także zagadnienie relacji pomiędzy czynem, osobą czyniącą i innymi osobami. Dotychczas opis dotyczył tylko stosunku osoba-działanie. Działanie jednak wpływa, często silnie, na innych, inne jednostki. Czyn nieodwracalnie może zniszczyć istniejące relacje z innymi. Jest to jedna z bardziej gorzkich konsekwencji.

W świetle powyższych rozważań, można rozpoznać zupełnie nowy wymiar takich pojęć jak skrucha, sumienie lub przebaczenie. Słowa te, dotychczas znane z praktyk katolickich, nagle stają się bardzo ważne w życiu osoby-czynownika. Przede wszystkim w kulturze europejskiej bardzo silnie umocowane jest chrześcijaństwo. Dlatego też niektóre idee przenikają do kultury. Usunięcie ich, przez odrzucenie, jest bardzo niemądre, chyba, że zostaną zaproponowany inny sposób radzenia sobie z winą z powodu popełnionego czynu.

Wydaje się, w obliczu zrealizowanego zła, że nie ma drogi naprawy zdruzgotanego świata.

O automatach i operatorach

Na opisywanym już blogu pojawił się kilka dni temu nowy komiks. Zawarta tam historia stała się podstawą do wymiany poglądów na temat zależności pomiędzy maszyną a człowiekiem.

Dyskusja rozwinęła się w kierunku rozstrzygnięcia zagadnienia, czy każda maszyna zawiera projekt? Czy zawsze można wskazać operatora maszyny? Tu należy zaznaczyć możliwość dwojakiego rozumienia pojęcia operator. Raz jako tego, który przy pomocy maszyny działa – użytkownik, dwa – jako tego, który daną maszynę wyprodukował – projektant.  Oczywiście słowo operator można zastąpić pojęciem byt konieczny, wobec przygodnego bytu maszyny.

Niektórzy uczestniczący w dyskusji zakładali istnienie operatora w drugim znaczeniu, sami odmawiając sobie bycia operatorem w pierwszym znaczeniu. To bardzo ciekawe podejście do tego zagadnienia.

Sama rozmowa w moim mniemaniu w ciekawy sposób skrytykowała filozofię  Kartezjusza w części zwierząt-maszyn. Jeśli każda maszyna ma operatora, projektanta i użytkownika, to w przypadku zwierząt łatwo jest wskazać projektanta, czyli istotę nadnaturalną, demiurga. Ciężej wskazać już użytkownika zwierząt. Jeśli jako użytkownik zostanie wskazany człowiek, to można wnioskować, że jest on tej samej natury co projektant. Jeśli użytkownikiem jest demiurg, to w takim razie dlaczego człowiek traktuje się jako władca zwierząt?

Ten i inne interesujące tematy winny być przedmiotem rozmowy w Klubie Dyskusyjnym. Niestety, w Warszawie nie działa żadna forma, w której możnaby rzeczowo prowadzić naukowe dyskusje. Może kiedyś się to zmieni.

O Creative Commons

Formą kompromisu pomiędzy całkowitą blokadą twórczości ze względu na prawa autorskie, a przyzwoleniem na korzystanie z treści dla kultury są licencje CreativeCommons. O potrzebie takiego kompromisu i przemyśleniach Lessiga już pisałem.

Zdecydowałem się dołączyć do tego ruchu i określić licencje. Spośród wszystkich możliwości, wyrażam zgodę na kopiowanie, rozprowadzanie, przedstawianie oraz opracowane utworów zależne pod warunkiem, że zostanie przywołane nazwisko autora pierwowzoru i jedynie dla celów niekomercyjnych.

Inicjatywa CreativeCommons jest bardzo ciekawa w świetle wojen o prawa autorskie, a raczej o prawa kapitalizmu. Czy o zyski tylko chodzi twórcom? Czy kompozytor, piosenkarz tak bardzo jest zainteresowany, aby jego utwory były rozpowszechniane za dziesięcinę? A może tylko firmy medialne są zainteresowane zyskami, a ich działania są przedstawiane retorycznie jako obrona praw biednego autora?

Creative Commons License
Praktyka Filozofa is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 3.0 Polska License.
Based on a work at praktykafilozofa.wordpress.com.

O słowackim artykule

Poniżej przedstawiam abstrakt jednego z niewielu artykułów opublikowanych w Polsce na temat doradztwa filozoficznego. Artykuł znajduje się w:

Višňovskı, E.: Doradztwo filozoficzne jako forma praktyki filozoficznej [Philosophical counseling as a form of philosophical praxis]. w: J. Mizinska, H. Rarot (red.): Colloquia Communia. Szkice ze wspolczesnej filozofii slowackiej, Torun, 2001.

Abstrakt:
Autor rozróżnia następujące formy praktyki filozoficznej tj. sposoby praktykowania filozofii czy filozofowania

  • nauczanie filozofii
  • badania filozoficzne
  • doradztwo filozoficzne
  • terapia filozoficzna

Pierwsze dwie formy są tradycyjnymi formami akademickimi praktykowania filozofii. Przeważają w historii, głównie w historii współczesnej filozofii. Są oparte na takich czynnościach jak czytanie i pisanie tekstów filozoficznych, ich analiza czy interpretacja. Pozostałe dwie formy mają również swoje miejsce w historii filozofii, szczególnie antycznej. Były one także spotykane na peryferiach filozofii, w późniejszych czasach, lecz nie były traktowane jako część rzemiosła filozoficznego. Ta tradycja jest obecnie odnawiana i niespodziewanie, znajduje miejsce w współczesnej kulturze i społeczeństwie. Filozofowie, doradcy i terapeuci współpracują z osobami z różnych sfer życia społecznego, indywidualnie lub w grupach. Są doceniani jako eksperci w głębokich kwestiach ludzkiej praktyki i życia. Ich główną metodą pracy jest dialogi sokratyczny.

O filozofii klockami LEGO wyłożonej

Pomysł jest w swej istocie prosty. Zamiast dyskusji na temat przeczytanych ustępów wielkich dzieł antycznych filozofów, autor projektu Lego-Logos proponuje, aby budować artystyczną interpretację z klocków typu lego. Zamiast nabywania umiejętności abstrakcyjnego myślenia, dyskutowania, rozwoju intelektualnego już na poziomie szkoły podstawowej czy gimnazjum, autor proponuje spieranie się co do artystycznej wizji, rozmowę na temat obrazów, w istocie myślenie obrazami, zamiast operowania pojęciami.

Autor argumentuje, że ten sposób jest idealny, aby wprowadzić do świata filozofii młodzież i dzieci. W ten sposób osoby, które ładnie zbudują zabawkę na temat jaskini Platona, w przyszłości poradzą sobie z analizą Wittgensteina. Z opisów zamieszczonych na stronie internetowej wynika, że młodzież jest bardzo zainteresowana tym i innymi projektami. Poparcie wyraziły też różne jednostki samorządu terytorialnego.

Autor prowadzi także wiele innych projektów. Akademia filozoficzna, wykłady, festiwale – to tylko niektóre z inicjatyw proponowanych i rozwijanych przez niego. Cechą wspólną tych działań jest promowanie filozofii. Jest to ładnie nazwane przywracanie filozofii życiu. Wielokrotnie pojawia się argumentacja, dlaczego filozofia jest potrzebna, a także dlaczego nie jest popularyzowana.

Czy to jest skuteczna nauka tej umiejętności filozofowania? Czy takie umiejętności mogą być później w ogóle wykorzystane? Czy sposób polegający na uczeniu myślenia obrazami jest w jakikolwiek sposób pomocny przy analizie pojęć prawdy, wyboru, osoby, moralności, cnoty i innych? Czy przy pomocy klocków lego można zbudować i dyskutować na temat Dociekań filozoficznych?

Z drugiej strony, czy dzieci i młodzież powinny od razu być stawiane wobec wielkich problemów filozofii? Czy nie lepiej wprowadzić pewne uproszczone zagadnienia, aby przygotować młode umysły do trudniejszych, czy też bardziej złożonych, problemów?

O bilionie dolarów

Niektóre książki w interesujący sposób potrafią pobudzić do myślenia. Z tego powodu można je nazwać książkami filozoficznymi, choć zwykle są umieszczane w katalogach science-fiction czy beletrystyka. Taką książką jest Bilion dolarów A. Eschbacha.

Sama kontrukcja fabuły, przygody, jakie są udziałem głównego bohatera bledną wobec ciekawego pytania, jakie stawia autor. W jaki sposób uchronić ludzkość przed katastrofą? Jak walczyć z wizją wymarcia całej planety z powodu działań człowieka? Pytania te, tak na czasie, wynikają z analizy tylko niektórych aspektów obecnych warunków życia ludzi na Ziemi.

Autor jednak drąży głębiej. Zastanawia się dlaczego istnieje bieda na Ziemi, dlaczego niektórzy są bardzo biedni, a inni bardzo bogaci? Co można powiedzieć o obecnie istniejącym systemie ekonomicznym, gdzie niektórzy pracują, a inni żyją tylko z odsetek? Czy nędza jest częścią życia ludzkiego? Wreszcie jak to się dzieje, że w niektórych częściach problemem jest nadwyżka produkcji żywności, natomiast w innych problemem jest niedobór żywności?

Te i inne pytania wynikają z lektury. Niestety, zarysowane problemy nie są rozwiązane na kartach tej książki. Po przeczytaniu czytelnik może być zaskoczony, ale przede wszystkim sfrustrowany niezwykle słabym zakończeniem.

O prawach autorskich

Jako głos w dyskusji na temat praw autorskich, warto zapoznać się z pozycją. Książka ta wydana jest na licencji Wolnej Dokumentacji. Podobnie jak Wolne Oprogramowanie, zainteresowani mogą zmieniać treść, jeśli autorzy poprawek także je opublikują dla innych.

Książka jest wybitnie napisana dla Amerykanów. Autor precyzyjnie analizuje orzecznictwo sądowe dotyczące praw autorskich. Przytacza wstrząsające historie pozwów wielkiej korporacji, amerykańskiego ZAIKSU, przeciwko osobom fizycznym, które korzystały z systemu wymiany plików, bez intencji szkodzenia.

Autor analizuje cztery sposoby korzystania z plików muzycznych opublikowanych w sieci. Podważa w ten sposób medialne traktowanie każdego, kto korzysta z takich plików jako bandytę i przestępcę. Otóż:

  • niektórzy korzystają z sieci wymiany plików tak, jakby były one substytutem kupowanych CD
  • są także tacy, którzy używają sieci wymiany plików do przesłuchiwania muzyki, mając zamiar kupić CD
  • wielu wykorzystuje sieci wymiany plików, żeby uzyskać dostęp do treści, które nie są już dłużej sprzedawane, lecz nadal pozostają zastrzeżone prawem autorskim, albo których zakup
    poza siecią jest zbyt niewygodny.
  • równie wielu wykorzystuje te sieci, żeby uzyskać dostęp do treści nie objętych ochroną prawa autorskiego lub takich, na dostęp do których przez sieci wymiany plików właściciel praw autorskich wyraźnie zezwala.

Jak widać, tylko pierwsza forma naruszenia prawa autorów do ich własnej twórczości i czerpania korzyści jest sprzeczna z interesami twórców. Pozostałe w ten czy inny sposób przynoszą zyski. Są także wynikiem rozwoju technologii informatycznych.

Autor słusznie zauważa, że w wielu przypadkach autorzy nie dysponują już prawami do swoich utworów, ponieważ prawa zostały dawno temu przekazane na rzecz fundacji, czy innych stowarzyszeń. Niektórzy autorzy nie mają nic przeciwko używaniu ich twórczości jako podstawy do innych utworów. Opór stawiają wielkie korporacje medialne, które są po prostu chciwe. Dlatego też właśnie od kilkunastu lat okres ochrony praw autorskich w Stanach Zjednoczonych jest ciągle wydłużany ponad wszelką miarę.

Autor wskazuje słusznie, że częścią kultury jest wykorzystywanie utworów poprzedników, aby je twórczo przetwarzać w coś nowego, odmiennego, pobudzającego. Szczególnie interesujący jest przytoczenie historii XVIII-wiecznych księgarzy, którzy czerpali krociowe zyski z drukowania utworów Szekspira. Przekonująco przedstawia strony i spór pomiędzy zwykłymi księgarniami a wielkimi trustami drukarskimi, które monopolizowały rynek. Podobnie zaczynają działać wielkie organizacje chroniące prawa autorskie w Polsce.

Moje zdanie na temat praw autorskich jest proste. Własność intelektualna, prawo twórcy do czerpania korzyści z tytułu swojej pracy umysłowej winny być chronione. Należy uchronić przed plagiatem dzieła, jak i zapewnić zysk z sprzedaży. Jednak okres ochrony winien być ograniczony do co najwyżej 20 lat. Potem każdy mógłby publikować, przetwarzać, zmieniać utwór. Wybieram twórczość ponad zyskiem. Bardziej boję się, że ktoś mógłby opublikować wyniki badań przed autorem niż tego, że autor straciłby z tytułu ujawnienia treści bez żadnych korzyści w sieci. Ostatecznie, książki nie pisze się dla pieniędzy, ale aby tworzyć, nieprawdaż? To kultura odróżnia człowieka od zwierzęcia, a nie chciwość.

O odwadze

Odwaga, jak się zdaje, jest cechą wojowników. To żołnierz jest lub może być odważny. W tym rozumieniu odwaga jest cnotą, czy dzielnością – arete, znaną już starożytnym, szczególnie jest to pięknie pokazane w Iliadzie Homera. To o niej Arystoteles mówił, że jest środkiem pomiędzy zuchwałością a strachem, o ile dobrze pamiętam. Jednak odwaga niekoniecznie musi być cechą działań wojennych.

Wydaje się, że można wyróżnić inne rozumienie odwagi, jako cnoty obywatelskiej związanej z byciem jednostki jako części społeczeństwa. Jest to cnota, ponieważ może być rozwijana poprzez ćwiczenia. Gdyby pokusić się o przedstawienie definicji, należałoby wskazać pewne cechy wyróżniające odwagę, a cywilną odwagę w szczególności.

Pierwsze, trzeba by zaznaczyć, że odwaga, czy też człowiek jest odważny tylko i wyłącznie w pewnych sytuacjach. Nie można nazwać odwagą, w przypadku zwykłego człowieka, czekania na autobus, natomiast reakcja na wypadek w pobliżu przystanku, poprzez wezwanie pomocy, to można zaliczyć taki czyn do czynów odważnych.

Niektóre odważne działania występują w życiu zawodowym, wobec przełożonych, czy w życiu towarzyskim, wobec znajomych lub kolegów. Charakteryzują się tym, że osoba przeciwstawia się powszechnie, tradycyjnie przyjętej roli i wyraża swoje zdanie. W takich sytuacjach nie dochodzi do czynów, raczej kluczowe jest, by wyrazić swoje zdanie, swoje stanowisko i podtrzymywać je pomimo nacisków innych osób.

Tylko niektórzy są odważni. Tylko niektóre osoby decydują się pomóc rannemu, przeciwstawić się niesprawiedliwemu szefowi czy kłócić się na ulicy. Takie osoby odważne, gdy nie są przekonane, czy działanie jest właściwe, winny się zastanowić, jak będą w przyszłości opisywać sytuację i ich czyny we własnych wspomnieniach, przed sobą samym.

O byciu upartym

Wydaje się, że cecha człowieka – bycie upartym – to cecha psychiki lub, precyzyjniej, charakteru. Charakter zaś, jak mniemam, to pewne nawyki, nastawienie człowieka, dlatego że można powiedzieć o kimś, o jego charakterze, że jest serdeczny, albo złośliwy. Pytanie, czy taka osoba jest w stanie zauważyć swoją cechę, czy raczej musi opierać się na ocenie innych ludzi, pozostawiam bez odpowiedzi.

Bycie upartym wynika, jak się zdaje, z uporu człowieka. Czyli najpierw można dostrzec upór w działaniu, a potem staje się on ważną cechą osoby, określającą ją lub jakoś kategoryzującą. Przecież nie wszyscy są uparci. A wiele osób działa wbrew innym, wbrew światu, starając się uzyskać korzyści, przetrwać. Taki upór, gdyby próbować definiować, byłby pewnym nastawieniem wobec rzeczywistości, ale tylko w jednej lub w kilku sprawach. W ten sposób student studiuje, choć jest to ciężkie i niemiłe. Robi to poprzez ten upór, poprzez pragnienie zakończenia tego etapu.

Człowiek uparty chce przekonać, przymusić innych do swojego poglądu, pociągnąć innych do wysiłku. Niestety nie potrafi rozpoznać, które sprawy są słuszne. Dlatego jest to wada. W ten sposób działa w każdej sprawie z podobnym nastawieniem, co jest dla innych męczące, bądź irytujące.

Jedyna zaleta takiej postawy wynika z faktu, że w niektórych sytuacjach warto dla społeczeństwa, aby takie uparte osoby działały wbrew powszechnemu mniemaniu. Niektóre spory etyczne, niektóre tematy polityczne, czy niektóre sytuacje w życiu wymagają bezkompromisowego stanowiska.

Niektórzy mogliby stwierdzić, że powyższa refleksja winna być należeć do psychologii. Nie zgadzam się. Filozofia jest królową nauk, dlatego nie widzę powodu, aby nie dyskutować na tematy, które badają szczegółowo inne nauki.  W najgorszym wypadku straszliwie się mylę, ale staram się rozumieć świat i patrzeć na niego filozoficznie. A to zawsze warto.

O filozofii praktycznej w Gazecie Wyborczej

Całkiem niedawno temu pojawiły się dwa artykuły na temat doradztwa filozoficznego w Gazecie Wyborczej (Filozof do usług i Na kozetce z Sokratesem). Warto je przeczytać. Reportaże te bowiem dotyczą codziennej pracy doradcy filozoficznego na przykładzie prowadzonych niemieckich praktyk filozoficznych.

Po przeczytaniu moim dominującym uczuciem był zawód. Autor reportażu Na kozetce z Sokratesem nie przedstawił żadnego podsumowania. Nie wiadomo, czy te problemy, taka forma pomocy, jest oceniona pozytywnie, czy negatywnie. Żaden z polskich autorytetów kultury lub nauki nie wypowiada swojej opinii. Brakowało mi także w artykule odniesienia do polskich warunków. W Polsce, jak wiadomo, działają już doradcy filozoficzni, przykładowo Pan Bartoś czy Pani Maćkowiak. Jest całkiem możliwe, że te lub inne osoby mogłyby wypowiedzieć się na ten temat. Jakiekolwiek zdanie wzbogaciłoby artykuł. Dlatego też sądzę, że temat praktyki filozoficznej został potraktowany bardzo pobieżnie.

Zastanawiające jest też, że autor tych artykułów tak precyzyjnie przytacza rozmowy podczas spotkań z doradcami filozoficznymi. Dlaczego też opisuje jako przykłady tylko praktyków niemieckich? Te wątpliwości co do rzetelności tekstu nie powinny przesłaniać faktu, że bardzo rzadko w Polsce mówi się o doradztwie filozoficznym.

Pomimo moich uwag, zachęcam do przeczytania artykułów, ponieważ pokazują bardzo dobrze, w jakich sprawach doradca filozoficzny może pomagać. Przykłady rozmów poprawnie, zgodnie z moją oceną, przedstawiają proces rozmowy pomiędzy doradcą filozoficznym a gościem.

O książce L. Marinoffa „W poszukiwaniu szczęścia”

Recenzja

Angielski tytuł książki L. Marinoffa najlepiej odpowiada na pytanie o treść książki. „Plato, not Prozac!” to zawołanie tego amerykańskiego doradcy filozoficznego, który prowadzi praktykę i pomaga już od wielu lat. Sugestywny tytuł doskonale streszcza książkę. Marinoff twierdzi bowiem, że nie wszyscy jesteśmy chorzy psychicznie. Niektórzy z pewnością potrzebują pomocy farmakologicznej, ale wielu przeciętnych ludzi ma problemy, które nie wymagają terapii psychologicznej. Dla takich problemów i takich osób autor proponuje konsultację z doradcą filozoficznym.

L. Marinoff w tej pozycji nie przedstawia, w czym filozofia jest lepsza od psychologii. Nie dyskutuje na temat historycznej zależności pomiędzy tymi dwiema naukami. Wydaje się, że jego zdanie jest bardziej radykalne. W omawianej pozycji psychologia, psychoanaliza i psychiatra są postawione pod pręgierzem filozofii. L. Marinoff krytykuje te metody terapeutyczne. Twierdzi bowiem, że przedstawiciele tych zawodów starają się sklasyfikować każde przeżycie osoby w kategoriach choroby. Wielu jednak pacjentów, czy lepiej ludzi, nie jest chorych psychicznie, a ich zaburzenia są zwykłymi przeżyciami zdrowej osoby postawionej tylko wobec nieprzeciętnych kłopotów.

Autor w omawianej pozycji jest często niekonsekwentny. Przykładowo jego zdaniem, każdy człowiek jest inny. Jednak to stwierdzenie wcale nie przeszkadza, gdy w kolejnych akapitach przedstawia metodę PEACE, która jest, wedle jego oceny, skuteczna w większości przypadków.

Jednocześnie, pomimo wręcz zapełnienia kart tej książki różnymi cytatami wielu filozofów, dla L. Marinoffa najważniejszą książką jest Księga Przemian (I Cing). Autor ciągle namawia i zachęca do jej czytania. Nawet przeprowadza rozmowy odwołując się do wylosowanych sentencji. O ile zrozumiałe jest czerpanie z innych tradycji filozoficznych, o tyle nie jest jasne to przywiązanie do Księgi Przemian. Szczególnie, że L. Marinoff nawet nie analizuje entymematycznych założeń tego wielkiego pomnika chińskiej kultury. Zastanawiające jest dlaczego nie próbuje powoływać się na Biblię w sprawach problemów swoich pacjentów.

Wady i zalety książki L. Marinoffa  „W poszukiwaniu szczęścia. Jak skutecznie rozwiązywać problem” (Warszawa, 2002) można jeszcze długo omawiać. Moje zdanie na temat tej książki nie jest jednoznaczne. Jest to jedna z niewielu pozycji na rynku polskim traktująca o doradztwie filozoficznym. Jednocześnie przedstawia ona tylko i tylko jedną metodę, nie wspominają w ogóle o innych, oprócz niej rozwijanych przez innych filozofów-doradców.

Jednym słowem, książka jest przeznaczona dla ostrożnego czytelnika, pomimo  popularnego charakteru.

O strachu przed przyszłością

Moje zdziwienie budzi fakt, że przeciętny człowiek nie boi się niczego. Nie myśli o swojej śmierci, ani tym bardziej o odejściu swoich bliskich. Nawet wydarzenia codziennego życia nie sprawiają mu żadnego problemu. Czasem martwi się, ale tylko martwi się, o tak dziwne sprawy, czy uda się zdążyć na spotkanie.

Dopiero zdarzenie nieprzewidywalne, nie tylko śmierć, ale chociażby problem w związku, powoduje, że człowiek jest wytrącony z kolein swego codziennego życia. Nie wie, co będzie za chwilę, co przytrafi mu się za godzinę. Wydaje się, że nie rozumie przyszłości, ani tym bardziej swojego miejsca. Alasdair MacIntyre stwierdziłby prawdopodobnie, że taki człowiek nie potrafi opowiedzieć swojego życia, że narracja takiego życia została przerwana.

Załóżmy, że nieprzewidywalne zdarzenie nie jest rodzajowo najstraszniejsze. W perspektywie, może po pewnych zmianach ustali się nowy porządek. Wówczas, jeśli przyjąć tezę A. MacIntyre’a, spokój może być odzyskany przed ustaleniem nowego porządku. Taki człowiek ponownie powinien opowiedzieć swoją historię przed sobą i obmyśleć kolejne  przyszłości, opcje, jak sytuacja może się rozwijać. Wydaje mi się, że wówczas strach przed przyszłością zostanie opanowany. Zniknie tak, jak trema, tuż przed wejściem na scenę.

O prawach robotyki Isaaca Asimowa

Isaac Asimov w 1942 roku opracował 3 prawa robotyki. Było to w okresie gwałtownego rozwoju technologicznego wywołanego m.in. prowadzoną wojną. Całkiem realnabyła, przynajmniej w wyobraźni pisarzy, mechanizacja, a następnie robotyzacja całego życia przemysłowego. Dopiero badania w latach 50-tych dowiodły, że zadanie to przekracza możliwości przemysłu, szczególnie pod kątem budowy mózgu pozytonowego.

Niemniej fakt ten nie spowodował spadku zainteresowania  robotami, czy zasadami, jakimi te potężne, znacznie mocniejsze od człowieka, przedmioty winny się kierować. I. Asimov zaproponował wspomniane 3 prawa robotyki. Brzmią one następująco:

  1. Robot nie może skrzywdzić człowieka, ani przez zaniechanie działania dopuścić, aby człowiek doznał krzywdy.
  2. Robot musi być posłuszny rozkazom człowieka, chyba że stoją one w sprzeczności z Pierwszym Prawem.
  3. Robot musi chronić sam siebie, jeśli tylko nie stoi to w sprzeczności z Pierwszym lub Drugim Prawem.

Wstępna analiza filozoficzna tych praw wskazuje,  że autor bardzo pozytywnie ocenił możliwości mózgów  pozytonowych, czyli tych miejsc, które miały być w literaturze science-fiction ośrodkami decyzyjnymi robotów. Czym bowiem jest krzywda według robota? Jak  wypowiedzieć to złożone słowo „krzywda” w języku prostych komend maszynowych w rodzaju podaj czy podnieś? Podobnie ma się sprawa z pojęciem zaniechanie.

Konstrukcja  wszystkich praw wydaje się być liniowa. Porządek wprowadza kryterium zależności od poprzednika. Najważniejszym prawem jest pierwsze O Człowieku. Nie mówi nic jednak o rozkazywaniu, ale raczej o ocenie sytuacji i ochronie człowieka.  Możliwe, że robot w trakcie wykonywania swoich działań winien dodatkowo uważać na istoty ludzkie.

Kolejne prawo O Rozkazie wprowadza nowe pojęcia posłuszeństwa i sprzeczności. Trzecie prawo O Własności, nie definiując, wspomina o nowych słowach  jak ochrona samych siebie.  Oznacza to przede wszystkim  wprowadzenie do zakresu słów robota pewnych definicji odrębności, możliwości bycia uszkodzonym.

Wydaje się, że  jest możliwe przetłumaczenie tak złożonych pojęć na język współczesnej logiki.  Jednak sama konstrukcja zależności pomiędzy samymi prawami nie jest banalna. Sama próba zapisania wszystkich trzech praw w formie jednego algorytmu oznacza zapis:

Jeśli robot ma wykonać działanie, to winien sprawdzić, co następuje:

czy wykonanie działania doprowadzi do krzywdy człowieka?

czy nie-wykonanie działania  doprowadzi do krzywdy człowieka?

czy wykonanie działania jest wykonaniem rozkazu Człowieka?

czy wykonanie działania doprowadzi do uszkodzenia robota?

Dopiero po czterokrotnej odpowiedzi nie robot może przystąpić do działania.

Wedle mojej oceny, I. Asimov mocno przecenił możliwości robotów zadając im tak złożone prawa robotyki. Tym samym przyprawi może kiedyś o ból głowy programistów i projektantów robotów, jeśli kiedykolwiek dojdzie do eksplozji pomysłowości i robotycznej rewolucji.

O metodzie LBT

W zakładce Artykuły zostały dodane nowe pozycje. Między innymi w jednym z nich została opisana metoda LBT, która jest alternatywą wobec metody PEACE autorstwa L. Marinoffa.

Z tej krótkiej prezentacji wynika, że metoda LBT ma na celu rozwiązanie problemów emocjonalnych. Możliwe jest również zaadaptowanie tej metody do problemów związanych z zachowaniami, czy nawykami.

Pytania, jakie należy sobie postawić, brzmi: gdzie w tej metodzie jest filozofia? Refleksja nad życiem Gościa, uprawiana wspólnie z Gościem? Czy tylko w postaci uproszczonej logiki języka potocznego?

Powstają również następne wątpliwości: czy powinna istnieć jakakolwiek metoda? Czy na tym polega doradztwo filozoficzne, na przykrawaniu człowieka do metody?

O komiksie filozoficznym

Jedną z form kultury popularnej jest komiks. Wszyscy pewnie znają Batmana, Spidermana czy innych superbohaterów, występujących na kartach, jako zastygłe kształty quasi-filmowej narracji. Wszystkie one, te amerykańskie czy polskie, przemycały pewne ukryte założenia. Te przesłanki były oczywiskte w danej kulturze, tak przykładowo superbohater zawsze zwyciężał, zawsze działał etycznie.

Pośród różnych komiksów, na tematy historyczne czy fantastyczne, można odnaleźć także komiksy o tematyce filozoficznej.  Ten charakteryzuje się ciekawymi żartami, ale także dydaktycznym podejściem do czytelnika. Po każdym komiksie pojawiają się obszerne wyjaśnienia, które dodatkowo wzbogacają doznania intelektualne.

Autorzy w jednym z komiksów w interesujący sposób porównują idee Nietschego, swojsko nazywanego Fryderykiem i Hegla, inaczej Georga (czemu nie Jerzego). Wprowadzenie Hegla jako jednego z opisywanych filozofów wskazuje na wysoki poziom wykształcenia twórców, albo też  na ich wspaniałą pamięć (zgodnie z anegdotą, że studenci, którzy po piątym razie przeczytania, sądzą, że rozumieją wykłady Hegla. Oni już się nauczyli na pamięć).

W omawianym komiksie podoba mi się niezmiernie, jak przeprowadzona jest konfrontacja w obliczu bestii z czeluści. Tu widać jasno, i z czym się zgadzam, jak bardzo ważne jest nastawienie człowieka wobec świata. W jakiś dziwny sposób traktowanie życzliwie świata, otaczających nas osób, powoduje, że inni są życzliwi.

Ciekawe, jak zareagowałby Sokrates na widok czeluści?

O metodzie w doradztwie filozoficznym

Okazuje się, że istnieją różne metody doradztwa filozoficznego. Dotychczas poznałem już metodę PEACE, którą proponuje Lou Marinoff. Niektórzy przeciwnicy tego doradcy filozoficznego zaproponowali doradztwo filozoficzne oparte na logice. Znowu Gerd Achenbach jest znany z tego, że zaleca porzucenie wszelkiej metody i wyjście poza jakikolwiek system.

Uznaję, jako fakt, że każdy człowiek jest niepowtarzalny. Wydaje się, że problemy są podobne, przykładowo szukanie związku, rozpad przyjaźni, życie rodzinne, wiek średni czy szukanie sensu życia lub godzenie się ze stratą. Ale każdy inaczej będzie emocjonalnie reagował. Jeden będzie czuł żal, inny gniew. Ktoś szybko się uspokoi i rozwiąże problem, inny zaś bez końca będzie analizował sytuację.

Sądzę, że najrozsądniejsze będzie zawieszenie moich poglądów na czas Rozmowy, zorientowanie się na Gościa (dosłownie wejście w jego buty) i próba zrozumienia jego problemu. Następnie należy się starać prowadzić w taki sposób konwersację, aby Gość mógł spojrzeć z perspektywy filozoficznej  na całe swoje życie. Dzięki temu nabytemu dystansowi, będzie można przedyskutować różne rozwiązania, ich konsekwencje czy warunki, które muszą wystąpić.

Celem jest zawsze pomoc drugiemu człowiekowi, który stoi tuż obok.

O artykułach

Pojawiła się nowa zakładka w blogu.  Publikuję w niej tłumaczenia artykułów znanych doradców filozoficznych. Jest to część projektu „Doradztwo filozoficzne„.

Warto przeczytać artykuły na temat Gerda Achenbacha, czy Lou Marinoffa. Obecnie zostały wprowadzone dwa wyciągi z książki Lou Marinoffa, interesująca metafora i opis metody PEACE.

Niektórzy mogą powiedzieć, że naruszam prawa autorskie. Nie zgadzam się z nimi. Prawa autorskie dotyczą ochrony merkantylnego interesu twórcy i nie pozwalają na czerpanie zysków z pominięciem wydawców czy autorów. Publikacje na tej stronie nie przysparzają mi żadnych korzyści, zatem należy je traktować w kategoriach cytowania.

O praktyce filozoficznej już w 2006 roku

Oryginał artykułu został umieszczony w 6 lutego 2006 roku na forum pl.sci.filozogia. Był rozszerzeniem pierwszej wersji, która została opublikowana 17 października 2005 roku.

Szanowni Panstwo, chcialbym przedstawić Państwu pewną koncepcję filozofowania. Mam nadzieję, że postarają się Panstwo upublicznić ją lub będzie to dla Państwa powodem do namysłu. Każdy przyszły filozof często natyka sie na pytanie co można robić po zakończeniu studiów. Cześć z nich, łącznie ze mną, marzy o tym, aby nadal robić coś związanego z filozofią. Jednak, jak powszechnie wiadomo, te studia jako jedne z niewielu nie pozwalają na prace w zawodzie. Czy aby na pewno?

W trakcie przygotowań do zajeć natrafiłem na pewne interesujące informacje dotyczace praktyki czy tez poradnictwa filozoficznego. Wstępne rozeznanie w temacie pozwala mi wysłać tę wiadomość.

Poniżej zamieszczam keyword do Google i linki:

keywords:

philosophische praxis

philosophische beratung

lub philosophical practice

philosophical counselling

LINKI:

www.igpp.org

www.g-pp.de

Teraz co do moich wiadomości:

Filozoficzna praktyka lub poradnictwo, jak to jest nazywane, pojawiła się za sprawą Gerda Achenbacha, ktory w 1982 r. otworzył w Niemczech pierwszy gabinet i zaczął przyjmować „gości”. W następnych latach powstało międzynarodowe stowarzyszenie. Działalnosc filozofów lub, często, psychologów rozwijała się. Obecnie działają towarzystwa oraz „doradcy” w Niemczech, Szwajcarii, Austrii, Wielkiej Brytanii, Izraelu, USA i Australii.

Ważne jest, że osoby korzystające z pomocy praktyka/doradcy nie są nazywane klientami badź pacjentami, ale wlaśnie gościami.

Na czym to polega ? Pierwsze, wiekszość z doradców przyjmuje pewne zasady. Najczęściej dotyczą one :

- różnic pomiędzy ludźmi tj. każdy jest inny;

- nastawienia na naukę tj. doradca powinien wczuć się w położenie gościa i jego problemy;

- obowiązku „nie zmieniania goscia” tj. takiego prowadzenia pomocy, aby nie przekonywać gościa do swoich pogladów;

Te zasady nie są jedyne. Istnieje wiele innych nakazów, które, oparte na doświadczeniu, mają pomoc. Przekształcają one spotkanie dwóch osób z sytuacji, gdy „pacjent” przychodzi po poradę do „lekarza” w rozmowę dwóch jednostek ludzkich, ktore chcą wspólnie rozwiazać problem gościa.

Zadanie to mozna przedstawić jako współpracę pilota z nawigatorem statku (jak sądzę, chodzi o to, ze pilot pomaga uniknąć mielizn, ale to nawigator caly czas steruje okrętem).

Drugie, zakres problemów, który jest poruszany nie należy do psychologii lub psychoterapii. Porady dotyczą :

- sensu życia

- etyki

- organizowania i kierowania życiem

- orientacji zawodowej i życiowej

- śmierci, żałoby i separacji itp.(za www.philosophischepraxis.de)

Trzecie, cel jest, jak sądzę, oczywisty, pomoc drugiemu człowiekowi.

Czwarte, miejsce i sposób. Porady są najczęściej udzielane w gabinecie, niektórzy doradcy pomagają przez telefon lub e-mail. Sposób jest wynikiem przyjętych zasad i doświadczenia.

Piate, honorarium. Wszyscy oni z tego żyją. W zależnosci od miejsca jest to kwota 30-100 Euro za godzine. U niektórych, pierwsza konsultacja jest bezpłatna, u innych stawka jest wynikiem umowy.

Szóste, w Polsce też istnieje „Poradnia filozoficzna” (www.poradniafilozoficzna.prv.pl), ale jak zdążyłem zauważyć, nie jest to nic wspólnego z tym o czym piszę powyżej. Porady są udzielane via e-mail. Najcięższym zarzutem jest jednak to, ze są to najczęściej odpowiedzi na pytanie z punktu widzenia wykształconego filozofa, czyli ogladające problem z wielu stron, analizujące wszelkie aspekty i nie odpowiadające na pytanie w końcu. O ile dobrze zrozumiałem, doradca filozoficzny chce pomóc gościowi w ten sposób, ze opierając się na swojej wiedzy i doświadczeniu prowadzi rozmowę tak, aby oni razem doszli do satysfakcjonujących odpowiedzi tj. takich, które pomagają gościowi. Zmusza i uczy gościa do myślenia.

Problemy:

1. Czy etyczne jest pobieranie honorarium za taką pracę, która, jak sądzę nieudolnie, starałem się przedstawić ? Czy to jeszcze filozofia, czy juz sofisteria ? Lub coś na pograniczu ?

2. Nie wiem jak zachowa się doradca w obliczu osoby, ktora w trakcie porady dochodzi do wniosku, ze powinna popełnić przestępstwo. Czy doradca przekonuje do własnego poglądu na tę sprawę, czy manipuluje gościem, aby nie dopuścić do tego ?

Literatura: Nie istnieje w języku polskim, oprocz tłumaczeń książek P. Hadota, ktore sa polecane przez www.igpp.de. Ale istnieje w języku angielskim i niemieckim. To jest dość dużo tytułów.

Dziękuję Państwu za uwagę i życzę miłego dnia.

Jacek Wolski,

student 2 roku,

IF UW.

To był pierwszy raz jak wypowiadałem się na forum grupy pl.sci.filozofia.

O odpowiedzialności Państwa za obywatela

Jeden z planowanych sposobów wypowiedzi na tym blogu został określony jako refleksje. Przyznaję, że będą to raczej próby w wyrażaniu poczucia problemów filozoficznych. Niektóre sprawy, doświadczenia, są zaczynem, drzazgą, zapałem, która wyzwala filozoficzny namysł. Jeśli wyniki refleksji będą lepiej opracowane czy przemyślane, to wypowiedź będzie sklasyfikowana jako esej.

Tematem, który porusza obecnie wiele osób, jest zagadnienie lokali komunalnych. W Warszawie w tym roku podniesiono, po kilkunastu latach, czynsz w lokalach komunalnych. Podobną decyzję podjęto w Krakowie w 2008 roku. W obu przypadkach doszło do blisko 100% podwyżki.

W odpowiedzi powstały inicjatywy społeczne przeciwko takiej polityce samorządu terytorialnego. Niektóre organizacje lewicowe rozpoczęły działania, które mają na m.in. celu obniżenie stawek czynszów. Widziałem ulotki i plakaty. Gdyby spróbować zreferować argumentacje przeciwników, należałoby wskazać, że używają oni raczej emocjonalnych argumentów. Odwołują się do sytuacji finansowej najemców. Przytaczane są informacje o nędzy w Polsce. Przypomina się problemy w płaceniu czynszu przez najemców. Proponuje także wywieranie nacisku na władze, aby prowadziły politykę mieszkaniową zorientowaną raczej na pomoc biednym niż na zysk. Niektóre takie inicjatywy posługują się hasłem Mieszkanie prawem nie towarem.

Splatają się w tej sprawie interesy co najmniej 4 grup. Pierwsza z nich to organizacje lewicowe, które prawdopodobnie w ten sposób walczą o poparcie polityczne, lub zwyczajnie o możliwość zaistnienia. Radni czy politycy nie zajmują się tematem lokali komunalnych.

Druga grupa to najemcy lokali miejskich. Jestem pewien, że wielu z nich to osoby, które nie mogą sobie pozwolić na płacenie wysokiego czynszu. Inni znów nie mają możliwości wynajęcia lokalu na wolnym rynku, ani tym bardziej kupno mieszkania. Jeszcze inni  żyją na koszt miasta w lokalach socjalnych.

Trzecia grupa to właściciele lokali i kamienic. Te osoby są zainteresowane wysokimi czynszami i dużymi zyskami z posiadanych lokali. Mieszkanie jest przez nich traktowane zdecydowanie jako towar.  Ma być sprzedane, czyli wynajęte, z maksymalnym zyskiem.

Gmina, jest ostatnim czynnikiem w tym splocie różnych interesów, różnych celów czy możliwości. Gmina jest chyba w najgorszej sytuacji. Państwo polskie wymaga, aby każdy z obywateli miał miejsce do mieszkania. Obywatele żądają najniższych stawek czynszu. Lokale, budynki trzeba okresowo naprawiać czy konserwować. Różnica pomiędzy wpłatami najemców a kosztami nieruchomości są pokrywane z budżetu gminy, na który składają się pieniądze od wszystkich osób mieszkających w gminie.

Pytanie, jakie powinien zadać tutaj filozof, brzmi: czy gmina winna zapewniać mieszkańcom mieszkania? W jakim stopniu winna pomagać mieszkańcom? Jest to problem zależności pomiędzy państwem a obywatelem, zakresu wpływu jednej strony na drugą. Pytania te są częścią nowożytnej i współczesnej debaty na temat:  czy obywatel powinien zawsze opierać się na własnej przemyślności? Czy państwo powinno opiekować się obywatelami? Jeśli tak, to gdzie leży granica?

Fakty są znane. Utrzymanie lokali, budynków komunalnych kosztuje, tak jak każdej nieruchomości. Czynsze były niskie i pewnie nie pokrywały tych kosztów. Niektórzy ludzie są w takiej sytuacji finansowej, że nie mogą wynajmować mieszkań na wolnym rynku. Wszystko wydaje się takie jasne.

Ale…

Debata na temat roli gminy czy państwa i relacji do obywatela została już dawno rozstrzygnięta, przynajmniej w Polsce na korzyść opieki nad obywatelem. Struktury państwowe mają określone cele. Dlaczego teraz w sposób niejawny rady miast obciążają najemcę kosztami utrzymania lokali? Dlaczego tylko niektórzy, vide inicjatywy społeczne, zauważyli zmianę sposobu traktowania mieszkania tj. mieszkania nie są już przedmiotami, który każdy potrzebujący powinien dostać, ale stają się towarem, czymś co trzeba kupić? Jednocześnie te osoby nie zauważają, że któraś ze stron musi płacić za remontowanie budynku.

Jestem za tym, aby każdy miał zapewnione mieszkanie. Jestem gotów płacić za osoby, które nie mogą same płacić. Jestem w stanie pogodzić się z tym, że muszę płacić dodatkowy podatek na osoby, które zajmują lokale komunalne i są w trudnej sytuacji majątkowej. Mam jednak nadzieję, że wszystkie lokale mieszkalne są przydzielane rzeczywiście potrzebującym.  Gminy winny ponosić koszty utrzymania osób biednych, ponieważ jest to jeden z ich celów, po to istnieją.

Działania z ramienia inicjatyw  społecznych wyrażają interes jednej z grup. Są interesujące, chociażby dlatego, że podejmują działania poza systemem prawno-państwowym. Są świadectwem przemiany, której celem jest społeczeństwo obywatelskie.

O praktyce filozoficznej

Praktyka filozoficzna, jako pojęcie, ma co najmniej dwa znaczenia. Pierwsze z nich jest określane w opozycji do teorii filozoficznej. Jest to część filozofii, która nie zajmuje się namysłem nad rzeczywistością, szeroko pojętą metafizyką, ale raczej refleksją nad działaniem. Klasycznie do takiej praktyki zaliczano etykę i politykę. Od czasów Arystotelesa preferowano jednak teorię przed praktyką, przynajmniej przy jako cel filozofii. Dostatecznie zmotywowany badacz mógłby wskazać kolejne etapy przemiany tego pojęcia. Całkiem słusznie tutaj można przedstawić pojęcie praktyki na podstawie filozofii Tomasza Akwinaty, Tomasza Hobbesa czy Johna Milla. Odnoszę wrażenie, że ostatnie słowo należy tutaj do pragmatystów amerykańskich takich jak William James i jego następcy.

Inne pojęcie praktyki filozoficznej jest powiązane z terapią filozoficzną i doradztwem filozoficznym. Podkreślam epitet filozoficzny. W obu przypadkach znaczenie tych słów tj. terapia i doradztwo znacznie się zmienia po dodaniu tego epitetu. To nowe pojęcie praktyki zostało zaproponowane na początku lat 80-tych przez Gerda Achenbacha. Ten niemiecki filozof założył Międzynarodowe Towarzystwo Praktyki Filozoficznej. W ten sposób, jako pierwszy przedstawił ten prąd w współczesnej filozofii.

Praktyka filozoficzna polega na życiu zgodnie z filozofią. Nie jest tutaj ważne, jaką filozofię się uznaje, ani też jaka się najbardziej podoba. Znacznie ważniejsze, i to jest właściwe znaczenie wyrażenia zgodne z filozofią, jest pewne nastawienie wynikające z praktykowania filozofii. Postawa ta charakteryzuje się przede wszystkim namysłem nad kolejnymi działaniami. Zgodnie z często powtarzanym cytatem Sokratesa, bezmyślnym życiem żyć nie warto. Dlatego też praktyk, ale prawdę powiedziawszy, także każdy rozsądnie myślący człowiek stara się wykorzystać umiejętność refleksji, aby móc układać swoje życie zgodnie z samym sobą.

Praktyk filozoficzny nie tylko żyje rozsądnie, starając się w każdej chwili poddawać swoje życie refleksji filozoficznej, ale także może pomagać innym ludziom. Niektórzy ludzie mają bowiem problemy życiowe, które wynikają z braku umiejętności spojrzenia na swoje życie z perspektywy. Wówczas rozmowa z doradcą filozoficznym pomaga ułożyć się z zastanymi warunkami, zaakceptować swoją sytuację. Kluczowa tutaj jest rozmowa pomiędzy Doradcą a Gościem.

Nie jestem przekonany do tego, aby nazywać takie działanie terapią. Wydaje mi się, że jest to raczej próba wykorzystania autorytetu terapeutów, psychologów, psychoanalityków do podbudowania wartości praktyki filozoficznej. Twierdzę, że doradztwo filozoficzne należy traktować w kategoriach pomocy, jaką jeden człowiek może zaproponować drugiemu, niż działań leczniczych.

Temat ten jeszcze będzie poruszany…

O celach stojących przed tym blogiem

Po pięciu latach prowadzenia studiów filozoficznych,  ogarnęły mnie wątpliwości, czy właściwie, poprawnie spędziłem ostatnie lata. Krytycznie podszedłem do tego tematu. Mogłem mogłem więcej czasu poświęcić na przygotowywanie się do zajęć. Mogłem lepiej uczestniczyć w zajęciach. Mogłem rozmawiać z innymi. Jednocześnie cieszę się, że jako udało mi się dotrzeć do tego momentu. Na pierwszych zajęciach było nas około 60 osób. Na ostatnich – 12. Wiem, że trzy osoby już się obroniły. Ja mam nadzieję niedługo.

Dlatego właśnie zdecydowałem naprawić poprzednie błędy. Przynajmniej w moich oczach. Chcę tutaj pisać na co najmniej trzy tematy.

  1. refleksje – czyli o tym co dookoła mnie widziane „filozoficznym okiem”
  2. eseje – wypowiedzi na temat, które mnie poruszyły,
  3. praktyka filozoficzna – temat blisko związany z doradztwem filozoficznym i przedmiot dłuższych moich starań.

No, pierwsze koty na druty  …